Przeczytaj!
Reklama

Miasto pana Henryka

To będzie opowieść o dzieciństwie w Piasecznie. Jest rok 1945, wojna jeszcze determinuje losy rodzin, jeszcze trwa w każdym człowieku, jeszcze zmusza do ważnych wyborów. Przed takim wyborem staje maszynista z kolejki grójeckiej Jan Pudełko. W czasie wojny został aresztowany i wywieziony do Niemiec do obozu w Magdeburgu. Niemieccy przedsiębiorcy szukali w obozie pracowników i Jan zgłosił się do pracy. Trafił do firmy budowlanej Niemca Müllera. Jan pozostawił w Polsce żonę i dwoje dzieci i jeszcze czworo dzieci z pierwszego małżeństwa. Ożenił się po raz drugi po śmierci pierwszej żony. Przed wojną dorabiał sobie w zawodzie kierowcy, był dyspozycyjny, woził aktorkę Mieczysławę Ćwiklińską do teatru i po zakupy. Łatwo zdobywał innych klientów, miał swój samochód. No bo jak go można było nie lubić? Bardzo przystojny, dowcipny i życzliwy ludziom, a jeszcze dobry kierowca, to miał powodzenie. Niemiec zatrudnił go na stanowisku kierowcy i był zadowolony z pracownika, w nagrodę za dobrą pracę pozwolił Janowi na sprowadzenie z Warszawy żony z dwojgiem najmłodszych dzieci. Z niewielkiego wynagrodzenia Jan utrzymywał rodzinę i małe mieszkanie. Rodzina powiększyła się bo w 1943 roku urodziła się Krysia, a 4 maja 1945 roku przyszedł na świat Henryk.

Wojna się kończy. Müller przekonuje Jana, aby został w Niemczech, uzasadnia to tym, że sowiecka nawałnica nic dobrego nie wróży dla Polski, a tu jest praca i mieszkanie. Jan nie daje się przekonać, chce mieszkać w swojej ojczyźnie. Przyjeżdża do Piaseczna i początkowo mieszka na stacji kolejki wąskotorowej, wraca do pracy na „na kolejce” i pracuje jako maszynista. Mieszkanie w budynku dworca jest tymczasowe, trzeba znaleźć inne. Jan szuka mieszkania, odszukuje też ludzi, którzy przekazują mu informacje o jego matce, niestety złe. Twierdzą, że zmarła z tęsknoty i troski o syna. Rodzina Pudełków znajduje mieszkanie przy ul. Czajewicza, obok Sądu Grodzkiego. Tu przychodzi na świat jeszcze jeden syn państwa Pudełko, Mieczysław. Miecio jest ruchliwym dzieckiem, wszędzie go pełno. W czasie zabawy na podwórku zauważa przewód uziemienia, wychodzący z okna jego mieszkania, łapie go w rączki i zostaje śmiertelnie porażony prądem. Tragedia jest powodem szybkiego wyprowadzenia się rodziny z domu przy ul. Czajewicza.

Mieszkanie z adresem Rynek 5

Kwadratowy, obszerny i wybrukowany plac rynku i park w Chyliczkach to był raj dla dzieciaków, którego dopełnienie stanowiła pobliska plaża nad Jeziorką, rzeką z urokliwym wodospadem, wodą pełną ryb. A zimą ślizgawka na Balatonie, czyli stawie w parku. No i co ważne – było z kim się bawić. W zagęszczonych ponad normę mieszkaniach było dużo dzieci w różnym wieku. Pomysłów na zabawy miliony, od rana do nocy. Świat był ciekawy i bezpieczny, a rodzice zajęci swoimi sprawami. No to wiadomo – „hulaj dusza, piekła nie ma”. Wszystko było ciekawe. Były też obowiązki; trzeba było przynieść wodę ze studni, z tej pompy przy kamienicy nr 5 lub pobiec z wiadrami aż pod kościół. Bo wówczas były dwie pompy na rynku.

Jan znalazł dla rodziny mieszkanie w domu pani Zofii Poncyliusz. Był to niewielki domek, do którego od strony rynku wchodziło się bramą w kamienicy Rynek 5, trzeba było minąć piętrową oficynę po prawej stronie, a na końcu tych zabudowań stał drewniany dom. Do mieszkań wchodziło się z sieni. Pod numerem 5 mieszkał też wozak Zalewski. Pan Zalewski posiadał konia z wozem i woził mąkę do piekarni pana Okrasy. Magazyn z mąką był w synagodze, tej tuż obok mykwy. Przedwojenna bożnica żydowska została zamieniona na magazyn i mieszkania kwaterunkowe. Magazyn był na parterze. Pan Zalewski ładował na wóz worki z mąką, oczywiście ponad miarę, i wiózł ją do piekarni na ul. Kościuszki vis a vis ul. Żabiej, a że było pod górkę to koń nie chciał ciągnąć. Wtedy pan Zalewski poił go i wołał: "Mucek, Mucek pij wodę, woda mocna i silna, woda młyny i turbiny porusza, pomóżcie ludzie, aby wyjść z dołka, pod górkę sam pójdzie”. I wówczas kto żyw biegł i pchał wóz z mąką aż do samej piekarni. A obok piekarni, w kamienicy u Regnerów, był mały bar „Wisienka” i można było napić się oranżady. W synagodze mieszkała pani G., co handlowała wódką, o każdej porze dnia i nocy można było u niej kupić flaszkę wódki. Całe miasto o tym wiedziało, z milicją włącznie. Był to dobry biznes, ale lekko nielegalny. Pani G. miała konkurencję w osobie sąsiadki, pani S. Obie panie budziły zainteresowanie chłopaków, bo z tej nielegalności pani S. wymyśliła skrytkę na alkohol, żeby w razie rewizji nie mieć butelek w domu. Schowkiem był zakopany w dole kocioł z pokrywką, zamaskowany liśćmi lub śniegiem. No i naiwnie pani S. sądziła, że nikt go nie zauważy. Chłopaki z podwórka od razu wytropili ten schowek i wódka zniknęła. Flaszki były wówczas dobrym towarem wymiennym na inne dobra mało osiągalne. Bo jeśli chodzi o złodziejstwo, to nie było go w okolicy. Można było zostawić mieszkanie otwarte i nikt nie wszedł. Mieszkańcy w tym dużym skupisku ludzi żyli zgodnie, pomagali sobie nawzajem, obdarzali szacunkiem.

Raz tylko zdarzyła się duża kradzież. Otóż w domu pani Chruscińskiej była restauracja, wchodziło się do niej przez wahadłowe drzwi, tak jak do saloonu w westernach na Dzikim Zachodzie. Był tu magazyn z alkoholem. Pewnej nocy zostały wyniesione wszystkie skrzynki z wódką i kamień w wodę. Ale to był prawdziwy, bandycki napad. Dom pani Chruścińskiej, taka chatka na kurzej stopce, przylegała do kamienicy pod numerem 5. Były też i inne zdarzenia, które wstrząsały od czasu do czasu sąsiadami. Otóż kamienica nr 5 ma kilka kondygnacji, ostatnia to użytkowe poddasze, pokój z balkonem i widokiem na rynek. I w tym mieszkaniu mieszkało małżeństwo z synkiem. Ona, żona i matka była kasjerką, piękną kobietą, a mąż był zazdrośnikiem. I pewnego dnia wziął siekierę i ją zarąbał, tak z premedytacją. Oczywiście dostał za to wyrok dożywocia. To był czas, w którym nikt nie rozważał aspektów psychologicznych takich poczynań, też nikt nie słyszał o przemocy domowej, ani o telefonie zaufania. W ogóle telefonów nie było.

Na rynek jesienią przyjeżdżali wozami sadownicy z okolic Grójca ze skrzyniami pełnymi jabłek, robili tu popas w drodze do Warszawy i dalej. Poili konie przy studniach, poprawiali popręgi i dawali koniom obrok w workach. Sprawdzali ilość nafty w lampach, bo był obowiązek oświetlania furmanek i instalowania tabliczek z adresem gospodarza na furmance. To był czas robienia psot. Raz jeden ze starszych chłopaków pożyczył czapkę od mieszkającego w kamienicy strażnika więziennego i udawał kontrolera, wypisywał mandaty.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu Przegląd Regionalny. MIKAWAS Sp. z o.o. z siedzibą w Piasecznie przy ul. Jana Pawła II 29A, jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Link do Polityki prywatności: LINK

Komentarze

Tadeusz 25.06.2026 17:12
Znałem Henia, mieszkał w Rynku 5, brama w budynku na wschodniej części rynku, a później Henio mieszkał (czas już przeszły) w blokach (w pierwszym bloku, który postawiono). Jego tata w latach pięćdziesiątych był kierowcą w Ochotniczej Straży Pożarnej w Piasecznie przy ul. Puławskiej. W tym podwórku mieszkała też rodzina Wachników. WACHNIK- strażak. Mój tata był naczelnikiem OSP. Pamiętam magazyn z mąką, byłem w środku boźnicy, pamiętam wymalowane na ścianach obrazy, ołtarzyki. Łuki. Mąkę do magazynu przywożono z wagonów tzw. szerokich torów, robił to GS. Pamiętam tzw. melinę z alkoholem Pani G. z jej synem chodziłem do szkoły podstawowej, byliśmy w tej samej klasie. Nad Panią G. mieszkała Rodzina Kociszewskich - strażak OSP. Rolnicy na rynku robili przerwę, dostarczali produkty rolne do Warszawy na plac targowy przy ul. Polnej. Obecnie na tym placu stoją budynki Politechniki. Ja chodziłem kupować bułeczki słodkie, posypane cukrem do piekarni Wojciechowskich, przy ul. Sierakowskiego. Ach, ciepłe bułeczki. Przykre, że nie spotkam Henia.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu Przegląd Regionalny. MIKAWAS Sp. z o.o. z siedzibą w Piasecznie przy ul. Jana Pawła II 29A, jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Link do Polityki prywatności: LINK
Marek Pietras 25.06.2026 10:15
Piękna, prawdziwa opowieść o tych latach powojennych. Bez ubarwień.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu Przegląd Regionalny. MIKAWAS Sp. z o.o. z siedzibą w Piasecznie przy ul. Jana Pawła II 29A, jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Link do Polityki prywatności: LINK
Reklama
Reklama
Obserwuj Przegląd Piaseczyński na Facebooku
Reklama