Projekt Zintegrowanego Planu Inwestycyjnego dla części Głoskowa w rejonie ul. Rybnej miał być jednym z punktów środowej sesji Rady Miejskiej w Piasecznie. Ostatecznie radni się nim nie zajęli. Punkt nr 12 został zdjęty z porządku obrad.
Dzień wcześniej radni Piaseczyńskiej Grupy Obywatelskiej – Piotr Sędziak, Anna Marecka, Artur Majcki i Michał Rosa – skierowali do burmistrza Daniela Putkiewicza apel o wycofanie projektu.
Wskazywali, że mieszkańcy nie chcą ZPI w proponowanej wersji, sprzeciwiają się dalszej zabudowie Głoskowa i domagają się ochrony terenów zielonych. Podkreślali również, że petycja mieszkańców dotycząca tej sprawy wciąż nie została rozstrzygnięta.
„Wszelkie wątpliwości należy wyjaśnić poprzez dalsze rozmowy z mieszkańcami” – napisali radni.
Następnego dnia projekt rzeczywiście zniknął z porządku sesji.
Nie oznacza to jednak, że ZPI zostało ostatecznie odrzucone albo że temat zabudowy przy ul. Rybnej jest zamknięty.
Spór trwa od miesięcy
Chodzi o teren o powierzchni ponad 4,5 hektara w Głoskowie, w rejonie ul. Rybnej, niedaleko doliny Głoskówki i Stawów Głoskowskich.
Mieszkańcy od miesięcy zwracają uwagę na możliwy wpływ dalszej zabudowy na przyrodę, wodę, lokalne drogi i już istniejącą infrastrukturę.
Do pierwszej wersji projektu wpłynęło 147 uwag. Po konsultacjach dokument został zmieniony i przeprowadzono kolejne konsultacje, ale sprzeciw nie wygasł.
Powstała również petycja, pod którą podpisało się ponad 500 osób. Jej autorzy domagają się zatrzymania procedury ZPI i mocniejszej ochrony doliny Głoskówki oraz terenów wodno-błotnych.
W publicznej dyskusji często pojawiało się hasło „betonowania stawów”. Gmina prostowała jednak, że same Stawy Głoskowskie nie są objęte planowaną zabudową.
Spór dotyczy więc nie samych stawów, lecz tego, co dzieje się w ich szerszym otoczeniu. Mieszkańcy obawiają się, że dalsza zabudowa może zwiększyć presję na cały lokalny układ przyrodniczy – tereny zielone, wodę, siedliska zwierząt i korytarze ekologiczne.
Jest jednak ważny szczegół
Brak ZPI nie oznacza automatycznie, że teren pozostanie niezabudowany. Dla części tego obszaru istnieją prawomocne decyzje o warunkach zabudowy, wydane jeszcze w latach 2011–2015. Według informacji przedstawianych przez gminę pozwalają one na budowę 18 budynków mieszkalnych jednorodzinnych.
To oznacza, że nawet jeśli ZPI nie zostanie uchwalone, część zabudowy może powstać na podstawie wcześniejszych decyzji. I właśnie na tym opiera się jeden z głównych argumentów władz gminy.
Samorząd przekonuje, że ZPI daje mu większy wpływ na sposób zabudowy terenu niż stare warunki zabudowy. Pozwala też wynegocjować od inwestora konkretne zobowiązania dotyczące infrastruktury i przestrzeni publicznej.
Co miało dać ZPI?
Po protestach mieszkańców pierwotny projekt został ograniczony. Zmniejszono dopuszczalną intensywność zabudowy. Na działkach mieszkaniowych co najmniej 70 proc. powierzchni miało pozostać biologicznie czynne.
Ponad 30 proc. całego terenu objętego ZPI miały stanowić tereny otwarte i zieleń. Zabudowę planowano w dwóch skupiskach, pomiędzy którymi miały zostać szerokie pasy niezabudowanego terenu.
W ramach umowy z inwestorem gmina chciała też uzyskać konkretne zobowiązania, m.in. wykonanie sieci wodociągowej i kanalizacyjnej, urządzenie terenów zielonych, udział w inwestycjach drogowych oraz poprawę połączeń pieszych i rowerowych.
Według szacunków gminy ZPI pozwalałby na budowę około 21 budynków mieszkalnych.
I właśnie tutaj pojawia się największy paradoks całej sprawy. Na podstawie starych decyzji o warunkach zabudowy możliwa jest budowa 18 domów. ZPI dopuszczałoby ich nieco więcej, ale jednocześnie dawałoby gminie większą kontrolę nad tym, gdzie powstaną, jak zostaną rozmieszczone i jakie dodatkowe obowiązki będzie miał inwestor.


Napisz komentarz
Komentarze