O tym sklepie słyszała już właściwie cała Polska. Otwarcie, które nastąpiło 21 lipca, poprzedziły miesiące dyskusji i opóźnień. Emocje wzbudzała nie tylko sama inwestycja, ale też jej lokalizacja – w dzielnicy kojarzonej raczej z luksusem niż z popularnym dyskontem. Część mieszkańców obawiała się większego ruchu i zmian w okolicy, inni patrzyli na sprawę z przymrużeniem oka. Jedno jest pewne – mało który sklep spożywczy zrobił taką „karierę” jeszcze przed otwarciem.

Internet zrobił swoje
Spór wokół marketu szybko przeniósł się do sieci i tam nabrał zupełnie innego charakteru. Pojawiły się memy o „złotych wózkach”, ekskluzywnych ofertach i zakupach w wersji premium. Do żartów dołączały znane marki, a cała sytuacja zaczęła żyć własnym życiem. W efekcie Dino w Wilanowie stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych sklepów w kraju – zanim jeszcze otworzyło drzwi dla klientów.
Rzeczywistość okazała się jednak dużo mniej spektakularna niż wszystkie te memy. W dniu otwarcia na odwiedzających czekała kawa i gazetki promocyjne, a sam sklep wygląda dokładnie tak, jak inne placówki tej sieci.

Klienci przyszli, emocje opadły
Mimo wcześniejszych protestów, w dniu otwarcia nie brakowało chętnych na zakupy. Wielu mieszkańców podkreślało, że całe zamieszanie było przesadzone, a nowy sklep po prostu się przyda. Pojawiały się też głosy, że kto nie chce – nie musi z niego korzystać.
Market przy ul. Sytej to drugi sklep Dino w Warszawie, po tym otwartym wcześniej na Pradze-Północ. Placówka działa w standardowym formacie, oferując produkty na codzienne zakupy.



Napisz komentarz
Komentarze