Dyskoteka w Laminie

Lamina, to jeden z największych zakładów przemysłowych Piaseczna w latach 70. XX wieku. Jak się okazuje, był nie tylko miejscem pracy dla tysiąca Piasecznian.
Dyskoteka w Laminie
Piaseczno w latach 70.

Źródło: Jacek Mrówczyński

Tęsknota za starym Piasecznem, to jest tęsknota za młodością. Młodością, której nie przeszkadzały najróżniejsze „niedogodności” stworzone nam w rzeczywistości lat 70.

Nie przeszkadzały pod warunkiem, że nie komplikowały nam życia. Brak pieniędzy, paszportu w szufladzie i trudności w dostaniu się na studia były na pewno dotkliwe, ale czy o tym chcę dziś wspominać? Nie.

Czy wszystko było wtedy inne niż dziś? Wydaje się, że dużo. No bo kto dziś chodzi do Laminy na zabawę karnawałową? Od dziesięcioleci nikt w Laminie nie organizuje dla młodzieży zabaw/dyskotek karnawałowych. To były zabawy sławne na cały powiat i naprawdę atrakcyjne pod względem muzycznym. Do tańca przygrywał zespół wynajęty przez organizatora, wówczas taki zespół nazywał się bigbeatowy. Zabawne, że ze względów politycznych nie używano nazwy rockandrollowy, ta nazwa kojarzyła się władzom ze zgniłym kapitalistycznym zachodem i władze jej nie lubiły. Big beat, czyli mocne uderzenie rodziło się w składzie instrumentów: gitara prowadząca, druga gitara, gitara basowa, perkusja, czasami klawisze. Zespoły grające w Laminie miały w repertuarze najnowsze hity muzyki młodzieżowej, zarówno polskiej jak i światowej.

Widok współczesny na zakład Laminy fot: autorka

Utrwalił mi się w pamięci dość dobrze dzień, w którym poszłam po raz pierwszy i jedyny na zabawę do Laminy. To był 12 stycznia 1975 r. niedziela. Szary styczniowy dzień bez śniegu. Rano umówiłam się z koleżanką Ewą i pojechałyśmy do Basi Wojno do Skolimowa, naszej koleżanki z liceum w Piasecznie. Basia była córką znanego ortopedy, mieszkała w willi niedaleko stacji kolejki wilanowskiej, ale w tym czasie kolejka już tam nie kursowała. W pobliżu był Dom Artystów Weteranów. Miałam sentyment do tego miejsca, bo moja babcia Anna prowadziła tu kiedyś, obok parowozowni, niewielki sklepik spożywczy i często opowiadała o klientkach, artystkach. Siedziałyśmy u Basi do wczesnego popołudnia i wróciłyśmy do Piaseczna autobusem.

Zaproszenie do Laminy

Ulicą Kościuszki szedł kolega Maciek Pałuba. Ucieszył się na widok dwóch dziewczyn, bo właśnie planował wieczór i znajome dziewczęta bardzo mu w tym planowaniu pasowały. I tu mój komentarz: czasami dziwimy się, jak to jest, przecież mogłyśmy z Ewą przyjechać późniejszym autobusem, albo nie spotkać kolegi Maćka, albo w ogóle nie pojechać do koleżanki Basi tylko siedzieć w domu, napalić w piecu i czytać książkę z serii prozy światowej, bo to był ten etap mojego czytania i uciec przeznaczeniu. Stało się inaczej, wszystko ułożyło się tak jak już było zapisane w gwiazdach jak twierdził Egipcjanin Sinuhe. Kolega Maciek z radością i zaprosił nas na zabawę do Laminy. Zazwyczaj, z tego co pamiętam na tego rodzaju zabawy trzeba było wejść z kolegą, to znaczy raczej w parze. Chłopak wprowadzał koleżanki. Dopuszczalne było oczywiście wejście całej grupy przyjaciół/znajomych. Zaproszenie od kolegi Maćka do Laminy potraktowałam lekceważąco, bo licealistki ze szkoły przy ul. Chyliczkowskiej nie chodziły do Laminy, chodziły do warszawskich klubów studenckich typu Stodoła i Remont. Uważałyśmy, że na nasze piaseczyńskie zabawy chodzi tylko plebs, co by to nie znaczyło, zadzierałyśmy nosa.

Lamina w latach 70. XX w. fot: zbiory autorki

Wróciłam do domu. Mieszkanie było wyziębione, a węgiel daleko w komórce. Usiadłam w fotelu i spojrzałam na udekorowaną, jeszcze stojącą w rogu pokoju choinkę i stwierdziłam, że wieczór taki długi, że karnawał i pomyślałam: co dalej robić z tak miłym dniem styczniowym? Chyba niechęć udania się do komórki po węgiel i napalenie w piecu, zadecydowała o moim dalszym życiu. Kolega Maciej zaproponował, że jak będziemy gotowe pójść do Laminy to spotykamy się o godzinie 18.00 w kawiarni Maskotka, wypijemy tu lampkę wina  i razem piechotą pomaszerujemy na zabawę. To było istotne, bo nikt z nas nie posiadał telefonu i spotkanie musiało być umówione konkretnie co do miejsca i czasu, przyjęte też było, że odwiedzaliśmy się w domach bez wcześniejszego umawiania i razem planowaliśmy gdzie spędzimy np. wieczór. To specyfika tamtych czasów i ktoś dziś pomyśli, że życie bez telefonu jest niewygodne, to się bardzo myli.

Wolny człowiek, to moim zdaniem człowiek bez telefonu w kieszeni. Telefon stacjonarny, który dość szybko zainstalowano w moim mieszkaniu, często doprowadzał mnie do różnych załamań. Generował nieporozumienia, albo strach, bo dzwonił ktoś i sapał w słuchawkę, kontrolował czy jestem w domu. Telefony komórkowe dają możliwość oszukiwania. Odpowiadamy dzwoniącemu, że jesteśmy w domu, a tymczasem jesteśmy w na molo w Sopocie. Czy życie jest prostsze gdy masz telefon? Często nie.

Wracając do styczniowego dnia. Zadecydowałam, że nie ma sensu siedzieć w domu, gdy gdzieś niedaleko bawią się młodzi ludzie, a ja siedzę jak ten pokutnik i patrzę jak igły spadają z żółknącej choinki.

Strój dyskotekowy obowiązkowy

Jeśli chodzi o założenie „dyskotekowego” stroju, to nie było problemu, bo miałam pewne mały wybór. Szafa nie była wypełniona ubraniami. Pamiętam w co się ubrałam. Bo takie rzeczy się pamięta: była to rozkloszowana spódnica, którą sama dla siebie uszyłam. Szyta była „z koła”, każda dziewczyna w roku 1975 musiała mieć taką spódnicę. Mijały już czasy wąskich mini spódniczek i trzeba było mieść dłuższą spódniczkę wykrojoną z koła, dopasowaną w biodrach i bardzo szeroką na dole. Bluzki nie pamiętam, ale zdaje się, że była mocno dopasowana.

Pamiętam korale: ciężkie, drewniane i kolorowe, ostatni krzyk mody. No i do tego buty, lateksowe kozaczki do kolan, czarne i błyszczące. I tak ubrana wspólnie z kolegą i koleżanką wkroczyłam na salę balową do Laminy.

Sala była udekorowana balonami i konfetti, panował półmrok, środek długiej sali był pusty, a po bokach, pod ścianami stały krzesła i stoliki przy których siedziała młodzież, zdecydowanie młodsza ode mnie o dobre 5 lat, co wprowadziło mnie w stan załamania. Na końcu sali była scena, na której właśnie muzycy ustawiali swoje instrumenty i sprawdzali ich dźwięk i nastrojenie. Zespół zagrał i zaczęły się tańce. Nagle przestali grać i solista ogłosił, że właśnie na salę weszła para, którą serdecznie zespół wita. Ta para to byli piaseczyńscy celebryci, czyli pan Witos i jego narzeczona panna Kurzawa. Oboje dość znani miejscowej milicji. Po wielu latach dowiedziałam się, że zawsze tak witano Witosa w Laminie i że to była czysto psychologiczna gra. Trochę dla mnie dziwna.

I wkracza w moje życie on...

W prawym rogu sali, tuż pod sceną stała grupa ludzi, którzy wyglądali na nieco starszych ode mnie. Doskonale pamiętam ten moment, jak stanęliśmy z Ewą i Maćkiem w drzwiach, a światło ze sceny padało na tę grupę młodzieży. Stali w kółku. Ktoś z nich najwidoczniej powiedział, że z Maćkiem idą dwie dziewczyny i wtedy chłopak, stojący tyłem do wejścia odwrócił się i spojrzał na nas. Był najwyższy z grupy i w świetle doskonale widoczny. Szłam w jego kierunku. Był elegancko ubrany i jakoś tak mało pasujący do tego, co tu się działo. Długo na mnie zatrzymał wzrok.

Czy on wtedy przeczuwał, że zostanę jego żoną? Czy wiedział, że idzie do niego przeznaczenie? Na pewno wiedział, że mój pierwszy taniec i wszystkie następne, będą należeć do niego.

Życie jest bardzo ciekawe, bo niby wszystko jest przypadkiem, a jednak jest w nim (w tym życiu) jakaś tajemnica zdarzeń. Przeżyłam z tym chłopakiem dwadzieścia (!) następnych lat...

Czytaj też:

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu Przegląd Regionalny. MIKAWAS Sp. z o.o. z siedzibą w Piasecznie przy ul. Jana Pawła II 29A, jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Link do Polityki prywatności: LINK

Komentarze