HISTORIA

Moja Noc Muzeów w klimacie lat 60., czyli o lodach u Darskich, klubie i kinie Mewa

Osobista podróż do Piaseczna lat 60. XX w. - pachnącego bzem, lodami u Darskich, klubową kulturą i kolejkami po bilety do kina Mewa.
Moja Noc Muzeów w klimacie lat 60., czyli o lodach u Darskich, klubie i kinie Mewa
Zdjęcie budynku Klubu Prasy i Książki przy ul. Kościuszki

Autor: Jacek Mrówczyński

W maju tego roku (2026) w ramach Nocy Muzeów kilka piaseczyńskich instytucji kulturalnych postanowiło nadać obchodom klimat lat 60. XX w. Nie jest moim zadaniem recenzować to co zostało powołane do życia i pokazane publice na rynku w Piasecznie i w licznych miejscach, bo też to co stanowiło klimat tamtych lat nie zawsze da się pokazać, opowiedzieć na pewno tak.

Dla mnie dekada lat 60. to jest czas, w którym żyli moi rodzice, odeszli oboje na początku lat 70. gdy miałam 16 lat. Czasami śni mi się ten czas. Widzę w otwartym oknie pokoju domu przy ul. Bema bezkresne pola i sady. Siedzimy przy kolacji, bo kolacje rodzinne, tak jak niedzielne obiady były zawsze wspólne. Słychać gwizd lokomotywy odjeżdżającej z dworca PKP w Piaseczne, słychać dudnienie wagonów. I gdy dźwięki te były bardzo wyraźne ojciec mówił: idzie na deszcz.

Wiosenny świat lat sześćdziesiątych pachniał bzem, jaśminem i różami, bo posiadanie w ogrodach tych roślin było obowiązkowe. Ogrody były pełne kolorowych motyli, pszczół i os, które przyczyniały się do bogactwa plonów z przydomowych ogródków. Brzmi to jak bajka, ale tak było. Zimy były srogie, w komórkach stojących na podwórkach trzeba było mieć dostatecznie dużo drewna i węgla, aby nie zamarznąć w mieszkaniu. Zaspy śnieżne na chodnikach sięgały ponad moją głowę.

Dzieci były samodzielne, już w pierwszej klasie chodziłam sama do szkoły, kupowałam sobie u pani Grabowskiej w kolorowej budce pyszne maślane, słodkie rogale lub oranżadę i cukierki na sztuki. Miasto budziło się o świcie, w dni targowe drogami ciągnęły furmanki. Wszyscy oburzali się, gdy furman batem bił konia, chcąc wymusić na nim sprawniejsze poruszanie się. Psy w większości stróżowały, siedziały w budach przywiązane łańcuchami.

Mam trzy anegdoty konieczne do opowiedzenia, aby nadać klimat tamtych lat mojej historii, to jest opowieść o powstaniu Klubu Prasy i Książki Ruch, lodów u Darskich i działalności kina Mewa.

Klub Prasy i książki „Ruch”

Lata 60. rozpoczęły się dla piaseczyńskiej kultury dramatem. 1 czerwca 1960 r. zawalił się budynek budowanej biblioteki, grzebiąc w ruinach jednego z murarzy. Początek zdarzenia był taki: 

W niedalekiej odległości od Szkoły Podstawowej przy ulicy Świętojańskiej, w sąsiedztwie poczty i  przychodni zdrowia, czyli przy bardzo ruchliwej ulicy Kościuszki, postanowiono stworzyć centrum kulturalne miasta. Forma budynku, zupełnie nie pasująca do zabudowy Piaseczna, jednak w stylu końca lat pięćdziesiątych, czyli „Wczesny Gomułka” (powielona potem przy budowie Urzędu Miasta i Szkoły Podstawowej nr 5) wydała się urbanistom decydentom najwłaściwsza.

Lokalizacja „gmachu rozrywki”, jak postrzegali mieszkańcy Piaseczna dom kultury, budziła ciche  oburzenie. Nie było akceptowane przez miejscowych wybudowanie gmachu vis a vis cmentarza. Plotka krążącą po mieście „informowała”, że są zakusy na likwidację zabytkowego cmentarza i zrobienie w tym miejscu parku miejskiego. Klub w końcu powstał. Powstały w nim biblioteki dla dzieci i dorosłych świetnie wyposażone. Klub skupiał w bibliotece dzieci z całego miasta, które pod uważnym spojrzeniem pań bibliotekarek np. przedstawiały w teatrzyku sceny z przeczytanych książek. Na górze budynku młodzież spotykała się przy kawie i ciastku. Nie można się było tu nudzić. Były koncerty, przyjeżdżali artyści, zapraszano pisarzy.

Pani Halina Darska i Anna Darska pokazują mi naczynia potrzebne do produkcji lodów fot: autorka

Lody u Darskich

Wracamy z plaży nad Jeziorką, beztroscy licealiści z LO 34 w Piasecznie. Interesuje nas miłość, nasza młodość i rock and roll. System polityczny, w którym żyliśmy bardzo się postarał, aby do naszych umysłów nie doszło miliony informacji. Jesteśmy przyszłością socjalistycznej ojczyzny.

Do Darskich na lody chodziliśmy wszyscy. Wąską ścieżką nad torami wspinaliśmy się na niewielkie wzgórze zwane Górką Reszczyka, aby na jej szczycie stanąć przed furtką do ogrodu. Przekroczenie tej furtki było jak przejście przez wrota czasu i przestrzeni. Wąska, brukowana dróżka wiodła przez niewielki ogród, gdzie po jego prawej stronie królował rozłożysty krzew tamaryszku, tuż przy niewielkim kamiennym wodospadzie, a po lewej stara czereśnia. Stało tam kilka stolików z kamiennymi blatami, a na nich gustowne, proste metalowe pucharki do lodów, serwetniki, platerowane cukierniczki z łyżeczkami w kształcie łopatek. Wszystko tu było inne niż otaczająca nas rzeczywistość, eleganckie. To była przeciwwaga noża na łańcuchu w barze mlecznym. Miałam to ogromne szczęście, że kilka lat temu pani Anna Darska zaprosiła mnie do swojego domu, mieszkała w nim z 97 letnią mamą Haliną, a ja mogłam z paniami porozmawiać, zrobić zdjęcia i poczuć klimat tamtych lat. 

Lody u Darskich to opowieść o magicznym świecie, który zaistniał w Zalesiu Dolnym. Jaka jest historia tej kawiarni umiejscowionej w prywatnym domu nad torami? Oto opowieść: 

Gelateria Italiana, firma cukiernicza została założona w latach 20. XX wieku przez Włochów. Zbigniew Darski od 1937 roku do 1939 pozostawał jej współudziałowcem i w 1939 roku przejął cukiernię na własność. Do powstania warszawskiego Gelateria Italiana mieściła się pod dwoma adresami: Nowy Świat 37, w budynku znanego wydawcy Arcta i Senatorska 12. Po wojnie przy ulicy Mokotowskiej 19, wejście też od Marszałkowskiej. Niestety lokal ten został Darskim zabrany i trzeba było przenieść się na Pragę. Ciężkie maszyny pojechały ulicami na specjalnych rolkach do budynku przy ulicy Targowej. Ale i z tego lokalu Darskich eksmitowano. Ot, zwykła sprawiedliwość społeczna – niszczyć prywaciarzy.

Naczynia z kawiarni  Darskich fot: autorka

Dlaczego Zalesie Dolne? 

W 1952 roku Halina i Zbigniew Darscy kupili od pułkownikowej Heleny Urbańskiej i jej synów działkę na wzgórzu w Zalesiu Dolnym przy ulicy Jałowcowej 17. Zbigniew zaprojektował dom, przydały się tu jego zdolności plastyczne i studia na wydziale malarstwa na warszawskiej ASP. Projekt domu został autoryzowany przez prof. dr Zbigniewa Wasiutyńskiego, znanego architekta i przyjaciela rodziny. Budowali go znani w okolicy majstrowie Misiołowski i Skoneczny. Dom w maju 1953 roku został zasiedlony. Konieczność zlikwidowania firmy w Warszawie powoduje zmianę planów. Po przebudowie budynku, którą wykonał w dużej części sam Darski, od 1962 roku rusza kawiarnia.

Bywali tu: pisarz Jerzy Zawieyski, sławy stomatologii światowej profesor Edmund Korthals i dr Ton Chu Ru (bratanek zamordowanego cesarza Korei). Gośćmi byli piloci Witold Łokuciewski ps. Tolo as myśliwski, Jan Zumbach obywatel Szwajcarii kolega Darskiego z Dęblina, a także pisarz Adolf Rudnicki. W dyskretnych spotkaniach brał udział gen. bryg. Stanisław Skalski uczestnik bitwy o Anglię. Dowódca eskadry zwanej Cyrkiem Skalskiego (w Tunezji).

Zajadaliśmy się lodami spumoni, cassate i moimi ulubionymi lodami pistacjowymi. Zapytałam panią Halinę Darską, która właśnie rozkładała przede mną czarki do lodów cassate i spomoni, i specjalne naczynia do produkcji tych lodów, skąd mieli orzeszki pistacjowe?

- Z przemytu, przywozili nam wszyscy, kto się nawinął i właśnie wyjeżdżał za granicę. A kolor robiliśmy ze szpinaku, który nie ma smaku. Wystarczyło dodać olejek pistacjowy, też z Włoch. Lody produkowano na parterze domu i windą transportowano do kawiarni na górze. Siedzieliśmy w eleganckim ogródku pod czereśnią i obok tamaryszku i czuliśmy się jak we włoskim ogrodzie.

Ogród u Darskich fot: autorka

Kino Mewa

O kinie Mewa to opowieść o porankach dla dzieci, o filmach dla dorosłych, które nie były zbyt aktualne, niby przebrzmiałe, ale kolejka po bilety ciągle była. Wnętrze kina to piece kaflowe, skrzypiące siedzenia, zapach klisz filmowych i ogromna radość, gdy można było kupić od koników bilet, gdy w kasie kina biletów zabrakło. I ten kierownik kina, pan Stanisław Koch co kupił sobie skuter Lambrettę, którą z dumą jeździł do kina pokonując 500 – 600 metrów dzielących go od pracy. Miał fajne życie. Do pracy udawał się na 16.00, wracał tuż po rozpoczęciu drugiego seansu, czyli około 19.00. Przedpołudnia spędzał najczęściej oparty o furtkę do ogródka, chłonąc łapczywie promienie słoneczne. Ubrany w kwieciste dynamówy lub jak kto woli w galoty. Lata 70. to już inna opowieść o kinie, bo lata 70. to lata przeobrażeń w budowaniu socjalizmu.

Kino Mewa z lat 60. widoczny stojak do podtrzymania szlabanów fot: nieznane

Przeczytaj również:

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu Przegląd Regionalny. MIKAWAS Sp. z o.o. z siedzibą w Piasecznie przy ul. Jana Pawła II 29A, jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Link do Polityki prywatności: LINK

Komentarze

Reklama
Reklama
Obserwuj Przegląd Piaseczyński na Facebooku
Reklama