HISTORIA

Bazarek, truciciele, meliny i kradzieże, czyli lata 90. w Piasecznie

Początek lat 90. przyniósł Piasecznu gwałtowne zmiany, nowe możliwości, ale też problemy, o których wcześniej mówiło się niewiele. Jak wyglądała wtedy codzienność mieszkańców?
Bazarek, truciciele, meliny i kradzieże, czyli lata 90. w Piasecznie
Na bazarku przy ul. Szkolnej fot: Grażyna Orłowska zdjęcie z Kalejdoskopu Piaseczyńskiego

Lata 90. czas nazwany „przełomem” w Polsce. Co się działo wówczas w Piasecznie? To kawałek historii miasta zaledwie sprzed 36 laty. Dzisiejsze pokolenie czterdziestolatków wtedy było dziećmi, pięćdziesięciolatkowie pamiętają ten czas doskonale. No bo kto by nie pamiętał na przykład bazarku, sprzedawców ze wschodu Europy, którzy tak licznie przyjeżdżali na handel do Piaseczna. Na kocach, stolikach turystycznych i prześcieradłach rozkładali swoje towary handlowcy ze wschodu Europy i z Azji i zachęcali do kupna. Na tym bazarku między ulicami Jana Pawła II i Szkolną, można było kupić, jak to się mówi: wszystko. Leżały na tych kocach towary deficytowe, takie których w sklepach w mieście nie można było dostać. Było tanio i ciekawie. Zwykły śrubokręt czy wiertarkę kupowaliśmy za pół ceny tej co, jeśli w ogóle była, sprzedawano w sklepie Rolnik przy ul. Kościuszki. Z tą jakością towarów było różnie. Z ceną też. Gdy sprzedawca zorientował się, że klient nie za bardzo zna się na tym co chce zakupić, to często kończyło się nabyciem „przedmiotu jednorazowego użytku”, tak to nazwiemy. Najważniejsze, że można się było targować i zbijać cenę. Targować każdy w swoim języku, trochę też migowym. Najczęściej po rosyjsku, gdyż pokolenie wówczas kupujących przez wiele lat w szkole uczyło się obowiązkowo języka rosyjskiego, a sprzedający wiedzieli o tym. Nawet jak byli z Chin, to dialog toczył się w języku podobnym do rosyjskiego. Nie wiem jak to było możliwe, ale wszyscy byli w kontakcie słownym i migowym. Najważniejsze, że ten bazarek stał się genezą bazaru, który dzisiaj istnieje w tym samym miejscu. Postawiono tu pawilony, właściciele tych mini sklepów płacą podatki, a kupujący ciągle mogą się tu zaopatrzyć prawie we wszystko, od ubrań po żywność, a nawet zjeść posiłek w przerwie między zakupami. Nawet wielkie hipermarkety nie wyparły tego bazarku. Przypomnę, że pierwsze markety wielkopowierzchniowe powstały w Piasecznie dopiero w 1995 r. - Auchan i Leroy Merlin i to w jednym budynku.

Na bazarku przy ul. Szkolnej, w tle szkoła nr 5 fot: ze zbiorów autorki

 

Truciciel Polkolor

W roku 1990 nareszcie ujawniono w prasie lokalnej, ze Polkolor truje. Ewa Szlenkier dziennikarka z Kalejdoskopu Piaseczyńskiego pisała: 

„W kwietniu 1988 roku odbyła się w Piasecznie Sesja RN, poświęcona ochronie środowiska. Padło wówczas stwierdzenie – w oparciu o dane pochodzące z PAN-u, iż okolice Piaseczna są jednym z najbardziej skażonych terenów w Polsce, na równi ze Śląskiem, Krakowem czy Płockiem.” 

Badania gleby były robione dopiero, gdy zainstalowano w 1988 r. elektrofiltr. Pobrano próbki gleby dookoła zakładu. I wówczas nie wykryto ołowiu, miedzi, cynku, kadmu i niklu w większej ilości, czyli takiej jakie obowiązywały normy w Polsce. Badanie gleby tuż pod zakładem? Dziwne. Wiadomo, że wiatry niosą szkodliwe dla zdrowia człowieka pierwiastki na dużą odległość. W roku 1990 specjaliści od ochrony środowiska informowali, że jest testowany drugi elektrofiltr, który ma wykluczyć z emisji do środowiska fluorek wapnia, tlenki arsenu, baru, potasu i glinu, a także sodu, manganu, antymonu, tytanu, ceru. Komentując dziś ten stan środowiska sprzed czterech dekad można się z przerażeniem złapać za głowę: przecież to cała tablica Mendelejewa wystrzeliwała w powietrze na okolice Piaseczna, Konstancina, Lesznowoli. Ale nie tylko Polkolor był winowajcą tych skażeń. Nie bez winy był kombinat w Mysiadle, Zelos i Lamina, Mleczarnia. Przykładem jest awaria, w wyniku której do atmosfery przedostały się duże ilości kadmu. Informację o stanie środowiska można było zobaczyć na drzewach, szczególnie iglastych. Opadało igliwie, usychały wierzchołki, przyrosty roczne były niewielkie. Drzewa pierwsze wołały o pomoc, ich kondycji nie dało się ukryć. Awarie nie były podawane do publicznej wiadomości. Choć raz zdarzyło się, że po Piasecznie i okolicy jeździł samochód i jego pasażer przez megafon ogłaszał, że ze względu na stan powietrza po awarii, zaleca się nie wychodzenie z domów i kupowania warzyw na bazarach, ale w którym to było roku, nie pamiętam.

Strona tytułowa Kalejdoskopu Piaseczyńskiego z ostatniego numeru fot: autorka 

Rozboje, włamania i dorabiane klucze

I tu też wiało grozą. Chodzi o rozboje, wykrywalność tych wynosiła 66%, jak informował ppłk. Stanisław Czapski komendant RUSW w Piasecznie. Najczęściej napadane były osoby będące w stanie nietrzeźwym. Bandyci po pobiciu delikwenta ograbiają go ze wszystkiego co cenne. Czas tych zdarzeń wiąże się z dniami wypłat. Plagą są też włamania do mieszkań na tak zwaną pasówkę, czyli dzięki dorobionym kluczom. Kradziono też klucze dzieciom w szkołach. Byłam świadkiem takiej sytuacji. Dziecku zginęły klucze w czasie zajęć szkolnych. W takiej sytuacji należało szybko wymienić zamki w drzwiach, ale to się nie stało. Na złodziei nie trzeba było długo czekać. Poczekali, aż nikogo nie będzie w domu i wzięli co im się podobało. Komendant informował, że na terenie samego Piaseczna mieszkało około tysiąca osób, które utrzymywały się tylko z rozbojów i kradzieży.

Meliny i tragiczne skutki picia „wynalazków”

Bardzo dużo przypadków zanotowała milicja jeśli chodzi o umieralność obywateli po spożyciu tak zwanych wynalazków. Jeden obywatel w stanie rozkładu został znaleziony w studzience kanalizacyjnej, inny koło Maskotki, inny jeszcze w melinie koło cmentarza parafialnego. O tym ostatnim opowiadała mi koleżanka lekarz. Pan zatruł się wynalazkiem, zmarł i tak sobie leżał w barłogu, koledzy przychodzili, odchodzili i nikt nie przyjrzał się koledze, co już dawno był w zaświatach. Współczułam lekarce z Pogotowia Ratunkowego, która musiała zrobić oględziny denata.

Zmiany, czyli trudne początki nowej rzeczywistości

Tworzyliśmy wówczas nowy porządek. Jakże trudny to był czas. Jedno co zaczynało kiełkować to ujawnianie tego co nieprawidłowe, bo dotychczas wszystko było prawidłowe. Zaczęły działać komitety interwencyjne Solidarności. Zwracali się do nich mieszkańcy np. niesłusznie zwolnieni z pracy bez odszkodowania, pozostawieni bez środków do życia. Jacek Kuroń rzucił hasło S.O.S. dla ubogich. Pamiętamy o zupach kuroniówkach, chodziło o to, aby każdy głodny mógł otrzymać choć talerz zupy i nie jednorazowo, tylko codziennie. 

Były to prawnie skomplikowane sytuacje, ale o tym napiszę w innym tekście.   

Ulica Fabryczna w 1991 r. fot: zbiory autorki

Przeczytaj również:

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu Przegląd Regionalny. MIKAWAS Sp. z o.o. z siedzibą w Piasecznie przy ul. Jana Pawła II 29A, jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Link do Polityki prywatności: LINK

Komentarze

Reklama
Reklama
Obserwuj Przegląd Piaseczyński na Facebooku
Reklama