Reklama
HISTORIA

Niezwykłe wspomnienia Andrzeja Rutkowskiego. Rodzinne historie sprzed lat

Sklep z własnymi kosmetykami, ogród pełen kwiatów, wojenne wspomnienia i życie codzienne w przedwojennym oraz powojennym Piasecznie. Andrzej Rutkowski wraca pamięcią do rodzinnych historii, które pokazują miasto i jego mieszkańców z zupełnie innej perspektywy.
Niezwykłe wspomnienia Andrzeja Rutkowskiego. Rodzinne historie sprzed lat
Dom przy ul. Asnyka w Piasecznie

Źródło: fot. ze zbiorów Andrzeja Rutkowskiego

Umawiam się na spotkanie z panem Andrzejem Rutkowskich. Mój gość jest dla mnie szczególnie interesujący i to z wielu powodów. Kilka z nich wymienię: po pierwsze nagrodzony jest tytułem Zasłużony dla Gminy Piaseczno decyzją Rady Miejskiej z 2018 r., jest mieszkańcem miasta od urodzenia, jego rodzice pracowali w Piasecznie od przedwojnia – i tu liczę na wspomnienia o nich – jego charyzma, działalność społeczna zawsze mnie zdumiewała. Pan Rutkowski to malownicza postać o ogromnej wiedzy w wielu dziedzinach. Taki dziwny człowiek, co mimo przeszkód chce działać dla społeczności swojego miasta i zawsze ma na to czas. Zapytałam go skąd ta siła? Czy to się dziedziczy?

Biały tulipan i początek niezwykłej znajomości ze Stefanią Rutkowską

Stefania Rutkowska fot: z albumu rodzinnego

Stefania Rutkowska z domu Kaniewska, matka Andrzeja i Stefana.Stefanię poznałam w latach 80. XX w. Gdy przeprowadziłam się do domu Kołakowskich przy ul. Mickiewicza w Piasecznie miałam możliwość częstego przechodzenia obok jej ciekawego architektonicznie budynku, jednego z najpiękniejszych w okolicy. Czysta secesja zachowana w szczegółach i do tego stojąca w bajecznym kwiatowym ogrodzie. I ten ogród spowodował, że często zatrzymywałam się na chwilę przy ogrodzeniu i zachwycałam kwiatami. Pewnej wiosny zobaczyłam w nim białe tulipany. Dziś może to nikogo by nie zdumiało, ale w roku 1983 ten kolor tulipana był bardzo oryginalny. Zagadałam do ogrodniczki, którą tu często można było spotkać, o to białe arcydzieło przyrody, a ona popatrzyła na mnie uważnie i widocznie trafnie odczytała mój  szczery zachwyt i poszła do zagonka pod domem, gdzie rósł szpaler tulipanów w różnych kolorach i energicznym ruchem przy pomocy sekatora ścięła to białe cudo i mi wręczyła. Nie ukrywam, że byłam zaskoczona, bo ogrodnicy niechętnie ścinają do wazonu kwiaty, które sami wyhodowali w swoich ogrodach. Taki był początek mojej znajomości z panią Stefanią Rutkowską, żoną i matką dwóch synów Andrzeja i starszego Stefana.

 

Sklep przy ul. Sienkiewicza

Stefania synów urodziła przed wojną w izbie porodowej w Piasecznie i też przed wojną w 1936 r. w kamienicy Rowińskich przy ul. Sienkiewicza 6. założyła sklep, drogerię, a właściwie skład materiałów aptecznych, w którym sprzedawała własnego wyrobu: kremy z lanoliny, mydła i maści. W ofercie sklepu były prezerwatywy, plastry i wody perfumowane. Część z tego asortymentu kupowali piaseczyńscy farmaceuci: pan Markowski i później pan Kotwica do swoich aptek. Stefania skończyła szkołę drogistów i miała wiedzę i uprawnienia do w/w działalności.

Sklep miał duże powodzenie. Miał też dział z pamiątkami i grami planszowymi. Pan Andrzej pamięta wyprawy z mamą do Zakopanego, Cieplic i Krynicy już po wojnie, po ciupagi, kierpce i piórniki rzeźbione z drewna i malowane przez górali, który to asortyment miał w Piasecznie duże powodzenie. Stefania wyrabiała w swoim laboratorium piwnicznym w kamienicy Pod Kościuszką kosmetyki. Miała tam różnego rodzaju preparaty i odczynniki np. esencje perfumowe, sodę kaustyczną i amoniak do produkcji kremów. Recepturę balsamów opracowywała sama. Szczególnie kremy lanolinowe miały wśród mieszkanek Piaseczna duże powodzenie. W sklepie stały dwa krzesła dla klientek. Panie zasiadały na nich i słuchały instrukcji na temat jak dbać o cerę. Przychodziły też pogadać o wszystkim, na babskie pogaduszki. Stefania miała zawsze dla klientek czas.

Ulica Sienkiewicza była wtedy bardzo ruchliwa, obok składu aptecznego był zakład szewski Czerczera, atelier fotografa Renau i fryzjernia Tralewicza. Fotograf Renau po jakimś czasie przeniósł się ze swoim atelier na drugą stronę ulicy, do lokalu obok sklepu odzieżowego pań Ostaszewskich.

„Balony” w szkole i lekcje gry na pianinie, czyli o wychowaniu synów

Zabawne zdarzenie związane z asortymentem składu aptecznego wiąże się ze szkołą przy ul. Świętojańskiej. Mały Andrzej w tajemnicy przed mamą nabrał w kieszenie sporo prezerwatyw i zaniósł do szkoły. Rozdał kolegom i oni oczywiście nadmuchali te „gumowe balony” o odpowiednim kształcie, ku uciesze dzieciaków, biegali po szkole i prezentowali swoje zdobycze. Niezła afera zrobiła się z tej w sumie niewinnej zabawy. Pani Andrzejewska zameldowała wydarzenie do dyrektora Szymańskiego, ustalono winnego, do dyrektora na dywanik wezwano ojca i Andrzej został ukarany i do dziś pamięta tę szkolną atrakcję balonową. 

Stefania dla synów była kategoryczna i rzeczowa. Andrzej nie chciał się uczyć gry na pianinie, wolał grać w piłkę z kolegami, to zdecydowano tak: będziemy mierzyć czas gry na pianinie i tyle samo można mu będzie grać w piłkę. To samo było z językiem francuskim. Pani Stefania nie uznawała półśrodków, ma być wszystko uporządkowane. Gry na pianinie uczył Andrzeja sam mistrz fortepianu Jerzy Lefeld, który przyjeżdżał rowerem z domu nad rzeką Jeziorką w Siedliskach. Chłopca z tych spotkań najbardziej fascynował rower pana Lefelda, taki z zakręconym jak rogi baranie kierownikiem. Lefeld dość szybko zorientował się, że chłopak nie zostanie pianistą i to było na tyle. Ale nauka u mistrza nie poszła w las. Do dziś Andrzej zasiada do klawiszy keyboarda, gra może nie utwory preferowane przez mistrza Lefelda, ale „mocne uderzenie”, taka muzyka go wycisza.

Andrzej w bratem Stefanem przy furtce na terenie stacji w Piasecznie fot: z albumu rodzinnego 

Ogród pełen dalii

Sklep pani Stefani nie przetrwał decyzji władzy socjalistycznej. Trzeba było zakończyć jego działalność. W połowie lat 50. XX w. Rutkowscy kupili dom przy ul. Mickiewicza od pani Wieczorkiewicz z Pyr, krótko mieszkali w nim sami, zaraz dokwaterowano im lokatorów.

Wracając do ogrodu przy ul. Mickiewicza. Pani Stefania hodowała wiele roślin ozdobnych, ale specjalizowała się w daliach. Przechowywała przez zimę bulwy, bardzo skrupulatnie je katalogowała. Andrzej, który często jej w tym pomagał, oznaczył pewnej jesieni aż 115 rodzajów tych bajecznie pięknych kwiatów. Takich ogrodów jest dziś w Piasecznie niewiele, dziś króluje trawa i tuje. Takie znamię naszych czasów.      

Sławomir Rutkowski - Naczelnik kolejki i społecznik

Sławomir Rutkowski fot: z albumu rodzinnego

Pan Sławomir Rutkowski, ojciec Andrzeja i Stefana, pochodził z Warszawy, ale jego kariera zawodowa związana była z Piasecznem

W 1919 r. został przewodniczącym komisji wyborczej do władz miasta Piaseczna. W rok później walczył pod Radzyminem z bolszewikami. Brał udział razem z doktorem Aleksandrem Skorko w bitwie warszawskiej. Punkt zbiorki dla Piaseczna był w Górze Kalwarii i Sławomir pojechał tam rowerem. Potem jeszcze długo po II wojnie Andrzej jeździł na tym zabytku z drewnianymi obręczami kół i skórzanym siodełkiem na sprężynach. Pojazd marki „Zawadzki”, przetrwał kilka wojen.

Przed II wojną Sławomir był naczelnikiem stacji kolejki dojazdowej grójeckiej w Piasecznie. Rutkowscy byli zobligowani do zamieszkania w budynku stacyjnym. Dlaczego? Otóż chodziło o to, żeby pan Rutkowski był cały czas na stacji, bo gdy tylko kogoś zabrakło, na przykład kasjerki, naczelnik zasiadał w kasie i sprzedawał bilety. Gdy zbliżał się czas odjazdu pociągu zakładał czerwoną czapkę i odprawiał pociąg. Sławomir z grupą przyjaciół był założycielem Towarzystwa Przyjaciół Piaseczna, był też radym. 

Instalacja antenowa za tapczanem w domu pod lasem

W czasie wojny Rutkowscy przenieśli się do Zalesia, do domu przy dzisiejszej ul. Asnyka, który wówczas stał tuż pod lasem. Budynek można zobaczyć do dziś na końcu ulicy – wciąż jest piękny i zachował klimat lat 30. XX wieku. Tu w czasie wojny odwiedzał ich kuzyn ojca, Leopold Rutkowski. Przyjazd brata stryjecznego zawsze był dla chłopców radością. Leopold pukał do drzwi wejściowych, na pytanie – kto tam? - Odpowiadał – Zbój - I wtedy zaczynały się piski dziecięcej radości. Leopold przywoził cukierki! Paczki toffi i kukułek. 

Zamykał się ze Sławomirem w gabinecie. I nie wolno było przeszkadzać. Za tapczanem w gabinecie była rozpięta na izolatorach instalacja antenowa do podłączenia radiostacji. I najprawdopodobniej było to podłączenie do radiostacji, którą Leopold przywoził w walizce. Leopold Rudkowski został zamordowany przez UB w 1949 r. Jego przynależność do AK być może była przyczyną, że władza ludowa nie lubiła Rutkowskich. 

O Leopoldzie jeszcze napiszę.

W drugiej części opowieści Andrzeja Rutkowskiego napiszę o wodociągach, kanalizacjach, gazociągach, komitetach społecznych itd. Czyli Piaseczno lat 80. i 90. XX wieku. Będzie też o Górkach Szymona w latach 40. i 50. XX w. 

Przeczytaj również:

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu Przegląd Regionalny. MIKAWAS Sp. z o.o. z siedzibą w Piasecznie przy ul. Jana Pawła II 29A, jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Link do Polityki prywatności: LINK

Komentarze

Reklama
Reklama
Obserwuj Przegląd Piaseczyński na Facebooku
Reklama