Ryszard na bruku

Właściciel magazynu, w którym pan Ryszard trzyma meble i antyki, zgodnie z zapowiedzią zaczął opróżniać lokal.

 

O panu Ryszardzie i jego niezwykłym zbiorze pisaliśmy w połowie maja. Wtedy właściciel magazynu w budynku po dawnym Hortexie, pozwolił mu się wprowadzić po pierwszej eksmisji, ale dał mu czas tylko do 10 czerwca.

Pan Ryszard miał do dyspozycji 1000 m2. Wypełnił je w całości, włączając w to ściany, na których wszędzie wisiały obrazy albo zegary. W magazynie można było znaleźć kredensy, całe komplety zastawy stołowej, szafy, wazony, książki, płyty, instrumenty i porcelanowe lalki. W zasadzie u Ryszarda było wszystko, od nart, przez rowery składaki, po bukiet sztucznych róż.

Tydzień temu sporą część rzeczy wystawiono na drogę pożarową koło magazynu.

– W środku zostało drugie tyle. Nie mogę tam wejść, nie wiem, kiedy wystawią resztę. Stąd też muszę się usunąć, bo ta droga ma właściciela. Ale nie mam gdzie się z tym przenieść – mówi pan Ryszard.

– Nie wyniesiemy reszty rzeczy dopóki nie znikną te, które wynieśliśmy. To jest droga przeciwpożarowa, nie możemy jej zastawić – mówi nam przedstawicielka właściciela magazynu. – To nie jest tak, że wyprowadzamy pana Ryszarda z dnia na dzień. To trwa już kilka miesięcy. Budynek się sypie, musimy go wyremontować. Nie możemy remontować lokalu dla pana Ryszarda, który płacił, ale przestał. W dodatku musielibyśmy gdzieś te rzeczy przewieźć, przetrzymać na czas remontu. Nie możemy takich rzeczy robić na nasz koszt, prowadzimy działalność.

Pan Ryszard jest bezdomny. Mieszka w samochodzie koło magazynu. Mówi, że płacił 4 tys. zł miesięcznie czynszu, jednak z powodu słabszych miesięcy w handlu przestał. Mówi, że jest gotowy płacić za czynsz, nawet gdzie indziej.

– Powierzchnia magazynu, który do zeszłego tygodnia zajmował pan Ryszard, wynosi 1000 m2. Tego się nie da wynająć w naszym powiecie za 3-4 tysiące złotych. – mówi nam Aleksandra. Pan Ryszard poprosił ją o skontaktowanie się z nami, ponieważ ukradziono mu telefon. Ludzie ciągle coś mu kradną. Wyrywają mechanizmy ze starych kominkowych zegarów, wyrwali wieko od posagowej skrzyni, nawet ktoś usiłował ukraść sporego porcelanowego psa.

Pan Ryszard nie potrzebuje jednak dla swoich zbiorów aż tak dużego lokum. Część rzeczy powinna bowiem trafić wprost do kontenera na śmieci. Koło przedwojennej porcelany stoi np. sedes z okresu PRL. To oczywiście ma swój klimat, dla którego właśnie przyjeżdża sporo osób.

– Ta „kolekcja” to jest jakaś kompletna abstrakcja. W sklepie z antykami, takimi „pozbieranymi”, nie uświadczymy tej atmosfery. Ryszard ze wszystkimi rozmawia, opowiada niesamowite historie, a do tego ma takie rzeczy… Można tu chodzić, oglądać, każdy coś wyszpera dla siebie – mówiła nam w niedzielę Aleksandra. – I ludzie przychodzą. Gdyby tu była jakaś knajpa, to mogłaby zarobić na obecności Ryszarda, bo po zakupach u niego poszliby na obiad. To jest tylko przykład, ale te rzeczy naprawdę przyciągają wielu ludzi. Wystarczy posiedzieć dwie godziny tutaj, żeby wiedzieć, że to są ludzie z każdego środowiska. To jest ogromny potencjał. Tylko jak spadnie deszcz, to będzie po nich.

Deszcz spadł w poniedziałek. Niektóre rzeczy, jak książki, uległy zniszczeniu. Drewniane cenne meble także nie lubią wody. Dlatego panu Ryszardowi lokal jest potrzebny natychmiast. Twierdzi, że czynsz będzie miał z czego płacić, a rzeczy ma mu kto przewieźć.

– To jest niezwykły człowiek, podobnie jak rzeczy, które zgromadził. No i ten klimat… Tu się przychodzi pogadać, pobyć, pooglądać. Wtedy można znaleźć tu skarby – mówi Aleksandra.