Czas, który w historii Piaseczna i Polski nazwą „przełomem”, niósł przeobrażenia na każdej płaszczyźnie życia społecznego. Dokonywały się zmiany nie zawsze polepszające życie mieszkańców małego podwarszawskiego miasta. Przemiany w stolicy przekładały się na zmiany w Piasecznie.
Trolejbusy między Piasecznem a Warszawą
W latach 90. XX w. mieszkańcy Piaseczna mieli dość dobre połączenie komunikacyjne z Warszawą, które do dziś wspomina się z łezką w oku, chodzi tu o trolejbusy, słynne trajtki. Przypomnę: 9 września 1976 zapadła rządowa decyzja utworzenia linii trolejbusowej łączącej Warszawę z Piasecznem, głównym powodem tej zmiany komunikacji był dojazd do pracy pracowników fabryki kineskopów Unitra Polkolor. 1 czerwca 1983 została uruchomiona linia 51 na trasie: Dworzec Południowy – Puławska – Mysiadło – Piaseczno. W 1990 r. po tej samej trasie został uruchomiony nocny trolejbus 651. Mimo protestów linie 51 i 651 zlikwidowano 31 sierpnia 1995, zastąpiła je dzienna linia autobusowa 709 o zbliżonej trasie. W roku 2000 ostatecznie zlikwidowano trakcję trolejbusową. Komunikacja trolejbusowa miała swoje wady. Wszyscy pamiętamy spadające szelki. Kto jeździł trajtkiem to wie o czym piszę. Kilka razy zdarzyło mi się przeżyć spadające szelki i co dziwne w tym samym miejscu. Chodzi o moment gdy trolejbus ruszał z przystanku początkowego przy ul. Puławskiej i następnie skręcał w ul. Chyliczkowską.
Komunikacja ta miała też dużo zalet. Trolejbusy jeździły jeden po drugim, zawsze było wolne siedzące miejsce, czytać książkę w ciszy pojazdu, to była przyjemność. Długo wymieniać zalety.
Walka o telefon
Dziś, gdy każdy ma telefon przy sobie, aż trudno uwierzyć, że kiedyś były czasy, gdy telefon nawet stacjonarny był marzeniem. W latach 90. zmiany postępowały błyskawicznie, ale jeszcze w roku 1990 dziennikarz Kalejdoskopu Piaseczyńskiego informował czytelników, że mimo iż gmina Piaseczno jest w czołówce pod względem stelefonizowania, to mieszkańcy np. Alei Róż szansy na posiadanie telefonu nie mają. Czekano na rozbudowę centrali telefonicznej. Zakładano w poszczególnych miejscowościach komitety społeczne, starające się przyspieszyć założenie telefonu np. w Gołkowie i osiedlowy z ul. Fabrycznej i ul. Powstańców Warszawy. Na telefon czekano 15 lat i dłużej. Dodzwonić się np. do Tarczyna było trudniej niż do Buenos Aires, mimo posiadania telefonu w domu jak pisze dziennikarz Kalejdoskopu. Sytuacja była krytyczna, bo jak grzyby po deszczu powstawały nowe firmy i chciały mieć nawet po kilka numerów telefonicznych, a tu brak możliwości technicznych. Co gorsza brakowało też monterów do montowania przewodów. Powodem były niskie zarobki. Szkolono nowych pracowników, którzy po kilku miesiącach pracy zwalniali się. Zapewne taka sytuacja przyspieszyła rozwój telefonii komórkowej i pod koniec lat 90., kogo było stać miał aparat telefoniczny w kieszeni. Ceny rozmów były kosmiczne, zasięgi jeszcze niewielkie, ale wkrótce to się zmieniło.

Mafia kreuje życie mieszkańców okolic Piaseczna
Sprawa, o której chcę napisać jest tak bulwersująca i tak koszmarna, że długo zastanawiałam się czy w ogóle ją poruszać. Napisze od razu, już na początku tego tematu, że współczuje rodzinom ofiar i chylę czoła przed zamordowanymi w Piasecznie w 1988 roku. Finał sądowy tej bestialskiej zbrodni, który nastąpił na początku lat 90., zaskoczył wielu wyrokiem. To był czas przeobrażań w milicji, powstawała policja. To był czas trudny z wielu powodów. Tu reorganizacja, a tu niebywały „rozkwit” organizacji gangsterskich. Milicja nie za bardzo dawała sobie radę z opanowaniem świata zbrodni. Pamiętamy strzelaniny w restauracjach czy na ulicach, rywalizację grup przestępczych o terytoria wpływów. Egzekucje przywódców mafii, odbywające się na ulicach miast. Byłam świadkiem sytuacji w Otwocku. Pojechaliśmy z mężem i synem odwiedzić chorego, który przebywał w otwockim szpitalu. Mąż poszedł do szpitala, a ja z synem na poszukiwanie kawiarni. Spodobała nam się niewielka kawiarenka. Wchodzę i widzę kilka wolnych stolików, tylko przy dwóch siedzą panowie. Kelner podchodzi do nas, stojących jeszcze w drzwiach, i informuje, że wszystko zarezerwowane. Proszę tylko o wodę – nie ma – odpowiada kelner. Wieczorem w telewizyjnym dzienniku widzę zdjęcia z tej kawiarni i podają informację o zastrzeleniu tu kilku osób. Czyli gdybym została byłabym świadkiem? Mafijna kawiarenka!
Zbrodnia, proces i pytania bez odpowiedzi, czyli wydarzenia w Piasecznie
W takiej scenerii zamordowano starsze panie w Piasecznie. 29 sierpnia 1988 roku do komendy milicji w Piasecznie przyszedł pan Stanisław O. i poinformował, że jego żona Leokadia została znaleziona przez wnuczka w okolicy starej przychodni przy ul. Kościuszki ...martwa. Leokadia w przeddzień wyszła z domu, odwiedziła córkę i najprawdopodobniej wracając do domu została napadnięta i zamordowana. Zaniepokojony mąż i rodzina ruszyli na poszukiwania. Przejście między Ośrodkiem Kultury i dawną przychodnią jest ciemne i wąskie, i zapewne dlatego pierwsi przechodnie spieszący się do pracy, nie zauważyli ciała starszej pani. Dziennikarz Kalejdoskopu Piaseczyńskiego szczegółowo opisuje to co zrobiono z Leokadią. Ja tylko napiszę, że było to tak makabryczne, że z szacunku do zmarłej pominę ten opis. Bestialstwo tej zbrodni mrozi krew w żyłach. W trzy tygodnie później mieszkańcy Piaseczna dowiadują się, że w parku miejskim nad rzeczką Perełką odnaleziono zwłoki kolejnej starszej kobiety. Stan jej ciała był tak samo koszmarny jak pani Leokadii. Zabijał sadysta i dewiant. Obie kobiety były skatowane i zgwałcone. Milicja początkowo poszukiwała sprawcę/sprawców w środowisku skazanych za gwałty i mieszkających na terenie miasta i okolic, ale trop był niestety zły. Aż w końcu natrafiono na parę, która była aktywna w młodzieżowej popkulturze rodem z poprawczaka. I to oni zeznali, że byli świadkami zbrodni kobiet. Na ławie oskarżonych zasiadło trzech mężczyzn. Prasa szybko wydała wyrok nazywając ich „mordercami staruszek”. Panowie dostali znakomitych obrońców i sąd wydał wyrok – niewinni. Czy w końcu ustalono kto był winien? Nie wiem. Kto pamięta sprawę z 1992 r. Wampira z Bytowa Leszka Pękalskiego, to zrozumie w czym rzecz. Pękalski najprawdopodobniej zabił w afekcie jedną osobę. Niezbyt sprawny umysłowo człowiek dał sobie wmówić aż 66 zbrodni. Sędzia, który prowadził jego sprawę zawyrokował, że jedną. Ale nikogo to już nie obchodziło. Mam nadzieję, że w przypadku obu nieszczęsnych mieszkanek Piaseczna, też w końcu dowiemy się prawdy. Prasa już w czerwcu 1990 r. przestała opisywać te zdarzenia, bo też przestała istnieć. Zlikwidowano Kalejdoskop Piaseczyński. A strach wśród mieszkańców miasta trwał dalej. Straszne czasy.



Napisz komentarz
Komentarze