Zakład hrabiny Moriconi, czyli o dziecięcej prostytucji część 2

731

Ludwika Moriconi i Józefina Rembielińska budują ośrodek św. Małgorzaty w Piasecznie. Mieści się on początkowo w drewnianych, bardzo skromnych zabudowaniach. Dzięki zabiegom i niezmordowanej pracy obu pań, po trzech latach gromadzenia środków stanął piętrowy, murowany gmach. W jego wysokich suterenach mieściły się kuchnie, pralnie, refektarz i pomieszczenie służby; na parterze zlokalizowane były pracownie tkacka i hafciarska, szwalnia, oraz rozmównica i salonik do przyjęć; na piętrze: piękna i jasna kaplica, sypialnie wychowawczyń i wychowanek, łazienki i pokoje dozorczyń. Obszerny ogród owocowy okalał schronisko. Poświęcenia zakładu dopełnił ks. kanonik Załuskowski. Zakład mógł pomieścić 100 wychowanek, ale pieniędzy wystarczało dla 40 dziewcząt i dzieci, nad którymi czuwało 12 dozorczyń. Ludwika Moriconi jeździła z wykładami w środowiska dobroczynne, prowadziła rozległą korespondencję z darczyńcami i byłymi pensjonariuszkami. Odpowiadała na listy rodzin, z których pochodziły dziewczęta; to bardzo ważna część jej pracy. Listy te często były bardzo dramatyczne, wiele mówiły o złym losie kobiet i dzieci w tych czasach. Oto dwa listy z zachowaniem pisowni tamtych lat:

„… Donoszę Kochanej Pani, że jestem niekoniecznie zdrową, bo ta choroba, którą miałam

3. Piaseczno, szpital w zakładzie św. Małgorzaty fot: Zorza
4. Piaseczno, gmach zakładu św. Małgorzaty fot: Tygodnik Illustrowany

będąc u Pani, zupełnie jest większą jak była, czuję się bardzo osłabioną. Co do choroby swej duszy — strasznie mi trudno walczyć z światem… Najukochańsza Pani, proszę pokornie, żeby Pani była łaskawą umieścić dwoje dzieci w jakiem miejscu, które mają matkę chorą w Tworkach. Ojciec tych dzieci nie ma przy kim zostawić idąc na służbę, a w tym wieku mogą się najprędzej zepsuć będąc bez żadnej opieki, bo dziewczyna ma lat 13 a chłopiec 12. Z tą prośbą udaję się do Pani, jako Matki swojej, pełna ufności, że mi nie raczy odmówić. Bo mi serce drży na wspomnienie, że może wejść na tę drogę, na której ja przez niedobrych ludzi byłam, a w Sosnowcu zgorszenia nie mało… Podpis. 9 stycznia 1902 r.”

„«…Z niewymowną radością list otrzymałem od Sz. Pani, radzący mi, żebym nie brał Helenki jeszcze ani na chwilę, na co zgadzam się z całem zaufaniem i będę prosić Boga, żeby uczynił słowa Sz. Pani świętemi, że jeszcze po jakimś pobycie kilku miesięcy Helenki w Piasecznie, stała się ustaloną w uczciwych zamiarach. Ten rubel przysłany na podróż dla Helenki, ofiarowywani z chęcią najszczerszą jako ofiarę na przytułek Św. Małgorzaty w Piasecznie, co słyszałem z pism, jak wiele Sz. Państwu potrzeba funduszu na powiększenie owego zakładu. Racz Sz. Pani przyjąć tak drobną ofiarę ode mnie, co żebym mógł, tobym dziesięć razy tyle ofiarował… 1900 r. Podpis brata Heleny”. Starania Moriconi o pieniądze nie odnoszą spodziewanego sukcesu. Na ośrodek ciągle brak funduszy, a prostytucja w Warszawie szerzy się w zastraszającym tempie. Dzieci porzucane przez rodziców na ulicy, są łatwym łupem sutenerów. W maju 1905 r. wybuchają w Warszawie zamieszki.

Pracownia krawiecka w zakładzie św. Małgorzaty w Piasecznie fot: zbiory ms

Dzielnica Warszawy od Marszałkowskiej do Przyokopowej była 24 maja 1905 r. istnym pobojowiskiem. Oto gromada ludzi uzbrojonych w kije, noże, a nawet rewolwery napadała na sutenerów i domy publiczne. Ilość mieszkań poniszczonych w ciągu 3 dni wyniosła 150. Straty można obliczyć na przeszło 200 000 rb. Wymierzano sądy doraźne. Rzucono się najpierw na gniazda sutenerskie, zabijano i raniono alfonsów, a potem wpadano do lupanarów, domów schadzek, do knajp z określonym charakterem i wszystko niszczono. Cała ta akcja odbywała się w sposób gwałtowny, bezwzględny. Niszczono mieszkania służące za domy publiczne np. na ul. Szpitalnej, gdzie pod numerem 3 na drugim piętrze, w obszernym lokalu, zajmowanym przez Walerię Marcinkowską, znaną wszystkich „damę”, chwilowo nieobecną w Warszawie, dokonano spustoszenia wprost przerażającego. Z okien frontowych padały na bruk uliczny z ogłuszającym hukiem: pianino mahoniowe, wspaniałe umeblowanie, kosztowne malowidła, dywany i wiele innych wartościowych drobiazgów. Akcję zakończono popruciem pościeli, ulice były pełne tumanów fruwającego pierza. Napady owe miały pobudkę moralną, jak twierdzą ci, którzy w nich brali udział. Zaczęli robotnicy żydowscy i zamieszki dotyczyły tylko Żydów. Do wielu sutenerów Żydów zgłosili się współwyznawcy – robotnicy z oświadczeniem, że jeśli im trudno znaleźć zajęcie, pośrednicy ułatwią im wyszukanie pracy i wskażą adres pracowni, gdzie znajdą zajęcie i tym samym skromne utrzymanie. Nie stało się to możliwe. I oto Żydzi-robotnicy postanowili się z nimi porachować. Na rogu ul. Siennej i Zielnej znajdowała się kawiarnia, która była miejscem wypoczynku i punktem obserwacyjnym dla czuwających nad pupilkami swoimi alfonsów. Do kawiarenki tej wtargnęła gromada. Przy ulicy Mirowskiej znajdowały się również kawiarnie i restauracje, będące siedliskami różnego rodzaju „opiekunów”, którzy na widok zbliżającego się tłumu poczęli uciekać do Hali. W godzinę później taki sam ruch dał się zauważyć na ul. Dzikiej, Wołyńskiej, Dzielnej, Nowolipkach, Pawiej i Miłej. O godz. 11.00 tłum niszczycieli domów rozpusty i mieszkań prostytutek skierował się ulicą Ordynacką na Wróblą. Bodziec dany przez ludność żydowską popchnął nazajutrz ludność chrześcijańską na drogę „doraźnych sądów”, dokonywanych nad właścicielami podejrzanych domów i sutenerami. 26 maja od rana na dworcach kolejowych przy kasach gromadził się tłum kobiet. Wyzwolone z niewoli sutenerów i przestępczych gangów, uciekały gdzie mogły. Większość wyjechała do Grodziska i Łodzi. Niektóre wyjeżdżały kolejkami wąskotorowymi do Jabłonny i Piaseczna. Piaseczyński ośrodek Moriconi był schronieniem. Trwające 3 dni zamieszki warszawskie pokazały, do jakich rozmiarów urósł problem prostytucji. Wówczas pomyślano, aby dziewczęta były przyjmowane też przez uczciwe rodziny robotnicze, ażeby ulegając dobremu wpływowi, mogły poprawić swój los. Do czasu znalezienia każdej kandydatce odpowiedniej pracy, zobowiązano się płacić na jej utrzymanie rodzinie robotniczej 10 rubli miesięcznie. Fundusze na ten cel wpływać miały z kół prywatnych dobroczyńców. Jaki był finał tych wydarzeń? Kilku bandytów straciło życie, kilka młodziutkich kobiet uratowano od koszmarnego losu. Ciągle nie rozwiązany był problem prostytucji dzieci i przyszedł czas na zajęcie się ich losem. W czerwcu 1909 roku Ludwika Moriconi przekazała posiadłość w Piasecznie (dom i 17 morgów ziemi) na dom opieki dla dzieci. Co się stało z hr. Ludwiką? To temat na inne opowiadanie.