Widmo rumaka Hindenburga

W latach pięćdziesiątych XX w., gdy zimową porą chwytał siarczysty mróz, blaty kuchenne nagrzewano do czerwoności, do popielników sypały się iskry i świat robił się przyjazny człowiekowi. Często nie było prądu i wtedy domownicy zasiadali jak najbliżej ciepła kuchennego. Wówczas moja babcia Róża czytała wnukom książki i gazety. Pamiętam krótkie opowiadania z pisma codziennego „Słowo Powszechne”, w którym był też dział dla dzieci pod tytułem „Słówko”. Światło lampy naftowej, która na stałe była zawieszona tuż obok framugi drzwi wejściowych do mieszkania, dawało najwyżej półmrok, od czasu do czasu wylatywał z lampy kopciuch i trzeba było pokrętłem wyregulować wysokość knota. Ten zapach płonącego, nasączonego naftą knota zawsze będzie mi się kojarzył z najmilszym czasem dzieciństwa i opowieściami babci Róży. Najciekawsze dla nas były oczywiście opowieści o duchach, bo dzieci uwielbiają się bać przy tego rodzaju historiach. Babcia dawała się namówić na „duchy”, gdy zmęczone oczy nie pozwalały na czytanie w półmroku. Wtedy to po raz pierwszy usłyszałam opowieść o duchu konia, który pojawiał się czasami w okolicznych lasach. Koń przybierał różne rozmiary i formy, czasami był galopującym szkieletem końskim, a innym razem rumakiem-olbrzymem z rozwianą grzywą i w pełnym rynsztunku. Koń przebiegał przez drogę tuż przed furmanką, płoszył zaprzężone do niej konie, które w panice uciekały na oślep. Widmo widzieli też ponoć parę razy maszyniści kolejki wąskotorowej, gdyż upiór potrafił nagle przebiec przed lokomotywą i zniknąć w ciemności. Historia okolic Piaseczna bogata jest w wydarzenia, wojny i bitwy, w których ginęły konie. Domyślano się, że to pewnie duch konia poległego w którejś z bitew wielkiej wojny 1914 r. Do  pewnego czasu sądziłam, że opowieść o duchu konia dręczącego nocnych podróżnych jest wyssana z palca, aż tu nagle znalazłam ciekawą informację w gazecie z 1935 r. Gazeta informuje czytelników:

„Widmo rumaka Hindenburga w lasach podwarszawskich. Od szeregu dni w okolicach Sękocina, Raszyna, Falent, Zalesia, Piaseczna itd., dookoła lasów sękocińskich panowała wśród ludności panika, z powodu pojawiającego się systematycznie „widma końskiego”. Naoczni świadkowie, oświadczając gotowość poparcia swych słów przysięgą, opowiadali, że spotkali w lasach sękocińskich przebiegającego galopem konia w bogatym wojskowym rzędzie. W szczegółach zeznania świadków różniły się bardzo. Jedni twierdzili, że koń ma 5 metrów wysokości, inni utrzymywali, że jest to niewielki, wzrostu rocznego źrebaka, koń bez siodła, jeszcze inni, bijąc się w piersi, zapewniali, że widzieli sam szkielet koński, snujący się po lesie w świetle księżycowym. Popłoch wśród ludności był tak wielki, że śmielsi mieszkańcy okolicznych wsi postanowili zająć się rozwiązaniem tajemniczej historii. Uruchomiono patrole, złożone z kilku ludzi, uzbrojonych w widły i siekiery. Patrole te poczęły krążyć nocami po całym lesie. Wkrótce legenda wzbogaciła się o nowe, równie sensacyjne szczegóły. Oto, jak poczęli mówić starsi mieszkańcy okolicznych wsi, w lasach sękocińskich podczas wojny padł od kuli moskiewskiej koń Hindenburga, którego feldmarszałek kazał pochować z honorami wojskowymi. Lecz żołnierze niemieccy czy to zlekceważyli, czy też nie mieli czasu wykonać polecenia – dość, że koń pochowany był zwyczajnie, bez orkiestry i salwy nad grobem. Od tej pory, wedle zeznań mieszkańców, miało w lasach sękocińskich pojawiać się od czasu do czasu widmo konia Hindenburga”. Czy znajdę informację o tym, czy Hindenburg był w okolicach Piaseczna?

Paul von Hindenburg urodził się w Poznaniu 2 października 1847 roku. Pochodził z rodziny o tradycjach wojskowych i poszedł w ślady swojego ojca; ukończył Szkołę Kadetów. Brał udział w kilku wojnach, został awansowany do rangi kapitana, studiował w Akademii Wojskowej w Gross-Lichterfelde pod Berlinem i ukończył ją z wyróżnieniem. W latach 1890-1893, jako podpułkownik, pełnił służbę w Ministerstwie Wojny, kierując jednym z jego wydziałów. Przeszedł w stan spoczynku w 1911 r., w wieku 64 lat i w stopniu generała piechoty. Wydawało się, że jego kariera wojskowa jest zakończona. Nic bardziej mylnego. Gdy w 1914 r. rozpoczęła się pierwsza wojna światowa, Hindenburg oddał się do dyspozycji wojska i został przywrócony do czynnej służby. Dowodził 8. Armią w Prusach Wschodnich. Szefem sztabu mianowany został gen. Ludendorff. Dowodzona przez Hindenburga armia odniosła wielkie zwycięstwo nad armią rosyjską w bitwie pod Tannenbergiem (31 VIII 1914), a następnie zwyciężyła Rosjan w bitwie nad Jeziorami Mazurskimi (IX 1914). Dowodząc nowo utworzoną 9. Armią, Hindenburg prowadził działania wojenne na terenie Królestwa Polskiego. 8 października 1914 r. Armia Hindenburga zostaje przegrupowana w celu uderzenia na Warszawę, zostaje utworzona Grupa Mackenzena i 12 października osiąga linię Góra Kalwaria – Piaseczno – Pruszków – Błonie. Z niewielkimi stratami terenu, grupa Mackenzena stacza na tej linii aż do 20 października ciężkie walki. Czy Hindenburg był w tym czasie w okolicach Piaseczna? Jest to wysoce prawdopodobne.

Po wojnie Paul von Hindenburg zostaje wybrany dwukrotnie na prezydenta Rzeszy Niemieckiej. Jest kochany przez naród niemiecki. Tymczasem idą straszne czasy. 27 lutego 1933 r. następuje płonie Reichstag. Pod koniec czerwca 1934 r. Adolf Hitler gruntuje swoją władzę, mordując swoich najbliższych, niewygodnych współpracowników. 1 sierpnia umiera prezydent Hindenburg. Umiera w słusznym wieku 87 lat, ale jego śmierć budzi podejrzenia. Hitler pośpiesznie wydaje dekret o połączeniu władzy kanclerza z urzędem prezydenta Rzeszy w jego rękach.

W Dzienniku Poznańskim 13 czerwca 1935 r. ukazuje się artykuł o upiornym koniu grasującym w lasach w okolicach Piaseczna. Czy wydarzenia w Rzeszy były powodem histerii związanej z duchem konia? Dziennik Poznański uspokaja pisząc, że włościanie z Nowo-Iwicznej stworzyli patrole i w końcu znaleziono wałacha, który jakiś czas temu został skradziony gospodarzowi z Piaseczna. Z niejasnego powodu porzucony przez złodziei, biegał po lasach. Dlaczego mieszkańcy połączyli tę historię z Hindenburgiem? Pewnie nigdy się nie dowiemy, a że w każdej legendzie jest ziarno prawdy, radziłabym uważać, jadąc nocą przez las.