Taniej nie będzie na pewno

422

Dalszy wzrost cen za śmieci jest nieunikniony. Jego skala zależy w sporej mierze od czynników ogólnokrajowych.

Kilkukrotny wzrost cen za odbiór i zagospodarowanie odpadów, z jakim mamy do czynienia od roku, dotyczy już całej Polski. Tam, gdzie jeszcze ceny nie wzrosły, stanie się to w najbliższym czasie, przy podpisywaniu kolejnych umów z wykonawcami. Znaczny wpływ ma na to niestabilna sytuacja prawna. Przepisy dotyczące segregacji, wymogów stawianych instalacjom przetwarzającym odpady czy firmom, które odbierają śmieci od mieszkańców, zmieniają się dynamicznie. W efekcie wykonawcy przystępujący do przetargów na odbiór i zagospodarowanie odpadów wliczają w cenę ryzyko związane z tymi zmianami.

Prawo zmienia się szybko

Firma odbierająca śmieci musi sobie skalkulować koszty na okres, w którym miałaby realizować zadanie. A tu zmiennych jest więcej niż tylko przepisy związane z gospodarką odpadami. Właściciele firm śmieciarskich muszą się liczyć również ze wzrostem kosztów pracy, paliwa  czy energii. Dotąd gminy najczęściej decydowały się na długotrwałe umowy z wykonawcami, przynajmniej 2- lub 3-letnie, co pozwalało uzyskać niższą cenę i spokój na dłużej. W ostatnim roku przeciwnie – im dłuższa umowa, tym wyższe były ceny. Oprócz zmian w prawie, firmy wliczały ryzyko wzrostu cen w RIPOK, czyli instalacjach odbierających odpady. Te bowiem w ostatnich latach poszybowały w górę. M.in. z powodu ścisłej rejonizacji i restrykcji związanych z przedłużaniem pozwoleń na prowadzenie działalności. Jeśli spośród kilkunastu instalacji, które mogłyby odbierać odpady  z terenu Warszawy i okolic działają tylko dwie czy trzy, sytuacja staje się krytyczna. A działające RIPOK oczywiście mogą dyktować znacznie wyższe ceny. Ministerstwo Środowiska decyduje bowiem o tym, kto dostanie zgodę na prowadzenie instalacji, ale nie reguluje w żaden sposób dopuszczalnych cen. Nowelizacja ustawy zniosła rejonizację. To jednak tylko w niewielkim stopniu poprawia sytuację.

Ucierpią najmniejsi

Otwarty rynek oznaczać może, że śmieci np. spod Warszawy trafią nieco dalej od stolicy, bo niższe ceny w instalacji zrekompensują koszty transportu na dużą odległość. Proekologiczność takiego rozwiązania jest oczywiście wątpliwa. Za to można przypuszczać, że większe zainteresowanie skłoni właścicieli instalacji do podwyższenia cen. Efektem będą podwyżki dla wszystkich i ewentualnie upadek mniejszych firm śmieciarskich. Tu znaczenie ma też ilość odbieranych odpadów – im jest ich więcej na niewielkim obszarze, tym bardziej jest to opłacalne dla przedsiębiorstwa. Stąd dobrym rozwiązaniem w negocjacjach mogłaby być współpraca kilku sąsiadujących gmin, które obsługiwałby ten sam wykonawca. Jednak osiągnięcie porozumienia i skoordynowanie terminów rozstrzygania przetargu może być trudne.

Nikt nie chce śmieci

Ceny w RIPOK zależą też od rynku zbytu na surowce wtórne. Ten w Polsce zdecydowanie kuleje, a rynki zewnętrzne zostały zamknięte. I mimo całego wysiłku włożonego w odzysk, nie ma kto przetwarzać pozyskanych materiałów. W ten sposób rosną ceny za zagospodarowanie. Dodatkowo uszczelniono system odbioru i składowania odpadów w Polsce. Zamknięto wiele niefunkcjonujących instalacji, które miały pozwolenia, ale nie odbierały odpadów. Wystawiały tylko fałszywe zaświadczenia za odbiór śmieci, które w rzeczywistości trafiały do wyrobisk. To obniżało koszty, które teraz zostały urealnione.

Jakość segregacji=cena

Cena za tonę śmieci oddawaną w instalacji zależy od tego, czy odpady są dobrze posegregowane. Jeśli poziom zanieczyszczenia frakcji jest zbyt duży, firma odbierająca od nas odpady zapłaci za nie w RIPOK cenę wyższą, jak za odpady zmieszane. A koszty na końcowym etapie przerzuci na gminę, która w przetargu określa ilość odpadów zmieszanych i segregowanych. Robi to w oparciu o nasze deklaracje. W efekcie fatalna segregacja, która jest faktem, zwłaszcza we wspólnotach mieszkaniowych, skończy się podwyżką opłat. Dla nas, „producentów” śmieci, czyli mieszkańców.