Światło dla życia

„Umierałam. Miałam za niskie BMI. Żaden szpital nie chciał mnie przyjąć. Musiałam sama się podleczyć, żeby chcieli mnie leczyć”. Co wiemy o anoreksji i bulimii w Polsce? Nic.

 

Wchodzę do ładnego, jednorodzinnego domu na wsi w powiecie piaseczyńskim. Uderza mnie przepiękny zapach domowego jedzenia, rozchodzący się po całym domu. To ośrodek terapeutyczny dla osób z zaburzeniami żywienia, czyli dla osób chorych na anoreksję i bulimię, albo anoreksję bulimiczną.

– Byłam dziennikarką radiową, 10 lat temu robiłam reportaż o anoreksji – mówi Ewa, która założyła razem z mężem Fundację Światło dla Życia. – Okazało się, że nic nie wiem o tej chorobie. Okazało się też, że Polska nie leczy anoreksji i bulimii. To znaczy leczy jej objawy w szpitalach psychiatrycznych. Jak? Tuczy. Jak utuczy, to jest ok. Jak dziewczyna nie chce się utuczyć to jest karana.

Ewa z mężem założyła fundację, potem stworzyła poradnię na Saskiej Kępie, ale brakowało ośrodka. W tym czasie budowali swój dom w okolicach Góry Kalwarii. Cztery lata temu założyli w nim ośrodek, w którym prowadzą 6-tygodniowe turnusy terapeutyczne. Potem robią tygodniową przerwę techniczną. Przez 4 lata turnusy zakończyło ok. 200 dziewczyn i kobiet. Najmłodsza pacjentka miała 11 lat, najstarsza 47.

– W szpitalu psychiatrycznym jak nie chciałam jeść, to mielili mi jedzenie na papkę. Po co? Za karę. Jakby upokorzenie miało mnie wyleczyć z choroby – mówi Kasia, która w ośrodku była już trzy lata temu, ale po wyjściu nie kontynuowała terapii. – Nikt nie wyleczy się z anoreksji w 6 tygodni. Terapia musi być kontynuowana w poradni, pod opieką specjalistów.

Do ośrodka koło Piaseczna przyjeżdżają pacjentki z całej Polski, ze Skandynawii, z Wysp Brytyjskich, a nawet z Francji.

– Chorują też mężczyźni, ale to jednak bardziej kobiece choroby. Kobiety są perfekcjonistkami – mówi Ewa. – Choroba na ogół dotyka bardzo inteligentne osoby. To cechuje te dziewczyny. Są wrażliwe, często mają jakieś artystyczne talenty.

Do ośrodka weszłam w 5. tygodniu terapii, czyli pod jej koniec. Niektóre z dziewczyn były na kolejnym turnusie. Wszystkie miały za sobą leczenie w polskich szpitalach psychiatrycznych.

– Szpitale nie leczą z anoreksji. One powodują totalną traumę. Tutaj, w ośrodku, czujemy się jak w domu, w bezpiecznym domu. Leczenie w szpitalu można określić jako… znęcanie się – mówi Kasia.

– Kiedy nie chciałam jeść w szpitalu, karmili mnie. Jak małe dziecko. Albo grozili, że będą karmić sondą przez nos. Zresztą niejedna była karmiona przez sondę. Kiedy szłam do toalety, stali pod drzwiami. Myśleli, że o tym nie wiem. Nie chcieli mnie powstrzymać, tylko przyłapać. Ale nie jestem głupia. Nie wymiotowałam kiedy stali pod drzwiami – mówi Paula, której ręce pokrywają niezliczone sznyty – blizny po samookaleczaniu.

Jaka jest śmiertelność osób chorujących na anoreksję i bulimię?

– Nikt tego nie bada. W Europie też w akt zgonu nie wpisuje się anoreksji. Wpisuje się samobójstwo, zagłodzenie, wyniszczenie organizmu. Ale w Europie robi się badania. U nas nie. Podejrzewa się, że poziom śmiertelności w Polsce jest taki sam jak w Europie, czyli jakieś 20%. To głównie samobójstwa – mówi Ewa.

Anorexia nervosa jako jednostka nozologiczna została ujęta w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10 pod kodem F50.0. W Polsce nie traktuje się zaburzeń żywienia jako choroby.

– Szpitale leczą depresję, a nie anoreksję, to znaczy tak to kontraktują. Ale w praktyce zaburzenie psychiczne, jakim jest jadłowstręt, leczą wpychając na siłę jedzenie. Nie ma psychoterapii, jest psycholog raz w tygodniu, na 10 minut. Te dziewczyny wychodzą podtuczone, ale natychmiast spadają do jeszcze niższej wagi niż przed szpitalem – mówi Ewa.

– My nie chciałyśmy być chude, to nie dlatego – mówi Natalia.

– To nie jest tak, że na anoreksję i bulimię chorują puste dziewczyny, które koniecznie chcą być modelkami. Wręcz odwrotnie. Są bardzo inteligentne i nienawidzą swojego ciała. Od tego się zaczyna, nie chcą być modelkami, bo się nie akceptują. Niejedzenie jest formą protestu. A powodów tego protestu jest sporo. Niektóre chcą poprawić sylwetkę, ćwiczą, stosują diety, ale nikt im w domu nie wyznaczał granic i one ich nie mają. Albo mówiło im się, że są dzielne, że muszą sobie poradzić, ale bezrefleksyjnie, bez wsparcia. I w pewnym momencie taka nastolatka sobie z czymś nie radzi, a wsparcia dalej nie ma. Ale są też gwałty, molestowanie. Gwałcą ojcowie, bracia, nauczyciele. To są historie, od których nie wytrzymują niektórzy terapeuci. Każda z tych dziewczyn to jest oddzielny materiał na reportaż. Zwłaszcza te, które były kilka razy w szpitalu psychiatrycznym. Pasy, izolatki, zmuszanie do jedzenia, wcieranie jedzenie we włosy, żeby tyle nie jeść, nadmierna kontrolna – mówi Ewa.

Ania miała 13 lat kiedy trafiła na oddział.

– 1,5 miesiąca, w wakacje, leżałam i patrzyłam w sufit. Zabrali mi wszystko, nawet kartkę z długopisem. Nie mogłam nic robić, nawet wyjść na dwór. Dlaczego? Za karę. Bo za mało przybierałam na wadze – mówi Ania.

Jednak z zagrożeniem życia, kiedy BMI jest za niskie, szpitale nie chcą przyjmować.

– Granicą jest 13-15 BMI. Natalia miała 10 BMI. To jest zagrożenie życia. Żaden szpital nie chciał jej przyjąć. Mama jeździła z nią od szpitala do szpitala. Co miała zrobić? Musiała najpierw przytyć, czyli musiała się wyleczyć, żeby przyjęli ją na leczenie. Mogła umrzeć. W końcu ją przyjęli, teraz jest u nas – mówi Ewa.