Światło dla życia Fot: Fundacja Światło Dla Życia

Światło dla życia

Oceń ten artykuł
(11 głosów)

"Umierałam. Miałam za niskie BMI. Żaden szpital nie chciał mnie przyjąć. Musiałam sama się podleczyć, żeby chcieli mnie leczyć". Co wiemy o anoreksji i bulimii w Polsce? Nic.

 

Wchodzę do ładnego, jednorodzinnego domu na wsi w powiecie piaseczyńskim. Uderza mnie przepiękny zapach domowego jedzenia, rozchodzący się po całym domu. To ośrodek terapeutyczny dla osób z zaburzeniami żywienia, czyli dla osób chorych na anoreksję i bulimię, albo anoreksję bulimiczną.

– Byłam dziennikarką radiową, 10 lat temu robiłam reportaż o anoreksji – mówi Ewa, która założyła razem z mężem Fundację Światło dla Życia. – Okazało się, że nic nie wiem o tej chorobie. Okazało się też, że Polska nie leczy anoreksji i bulimii. To znaczy leczy jej objawy w szpitalach psychiatrycznych. Jak? Tuczy. Jak utuczy, to jest ok. Jak dziewczyna nie chce się utuczyć to jest karana.

Ewa z mężem założyła fundację, potem stworzyła poradnię na Saskiej Kępie, ale brakowało ośrodka. W tym czasie budowali swój dom w okolicach Góry Kalwarii. Cztery lata temu założyli w nim ośrodek, w którym prowadzą 6-tygodniowe turnusy terapeutyczne. Potem robią tygodniową przerwę techniczną. Przez 4 lata turnusy zakończyło ok. 200 dziewczyn i kobiet. Najmłodsza pacjentka miała 11 lat, najstarsza 47.

– W szpitalu psychiatrycznym jak nie chciałam jeść, to mielili mi jedzenie na papkę. Po co? Za karę. Jakby upokorzenie miało mnie wyleczyć z choroby – mówi Kasia, która w ośrodku była już trzy lata temu, ale po wyjściu nie kontynuowała terapii. – Nikt nie wyleczy się z anoreksji w 6 tygodni. Terapia musi być kontynuowana w poradni, pod opieką specjalistów.

Do ośrodka koło Piaseczna przyjeżdżają pacjentki z całej Polski, ze Skandynawii, z Wysp Brytyjskich, a nawet z Francji.

– Chorują też mężczyźni, ale to jednak bardziej kobiece choroby. Kobiety są perfekcjonistkami – mówi Ewa. – Choroba na ogół dotyka bardzo inteligentne osoby. To cechuje te dziewczyny. Są wrażliwe, często mają jakieś artystyczne talenty.

Do ośrodka weszłam w 5. tygodniu terapii, czyli pod jej koniec. Niektóre z dziewczyn były na kolejnym turnusie. Wszystkie miały za sobą leczenie w polskich szpitalach psychiatrycznych.

– Szpitale nie leczą z anoreksji. One powodują totalną traumę. Tutaj, w ośrodku, czujemy się jak w domu, w bezpiecznym domu. Leczenie w szpitalu można określić jako… znęcanie się – mówi Kasia.

– Kiedy nie chciałam jeść w szpitalu, karmili mnie. Jak małe dziecko. Albo grozili, że będą karmić sondą przez nos. Zresztą niejedna była karmiona przez sondę. Kiedy szłam do toalety, stali pod drzwiami. Myśleli, że o tym nie wiem. Nie chcieli mnie powstrzymać, tylko przyłapać. Ale nie jestem głupia. Nie wymiotowałam kiedy stali pod drzwiami – mówi Paula, której ręce pokrywają niezliczone sznyty – blizny po samookaleczaniu.

Jaka jest śmiertelność osób chorujących na anoreksję i bulimię?

– Nikt tego nie bada. W Europie też w akt zgonu nie wpisuje się anoreksji. Wpisuje się samobójstwo, zagłodzenie, wyniszczenie organizmu. Ale w Europie robi się badania. U nas nie. Podejrzewa się, że poziom śmiertelności w Polsce jest taki sam jak w Europie, czyli jakieś 20%. To głównie samobójstwa – mówi Ewa.

Anorexia nervosa jako jednostka nozologiczna została ujęta w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10 pod kodem F50.0. W Polsce nie traktuje się zaburzeń żywienia jako choroby.

– Szpitale leczą depresję, a nie anoreksję, to znaczy tak to kontraktują. Ale w praktyce zaburzenie psychiczne, jakim jest jadłowstręt, leczą wpychając na siłę jedzenie. Nie ma psychoterapii, jest psycholog raz w tygodniu, na 10 minut. Te dziewczyny wychodzą podtuczone, ale natychmiast spadają do jeszcze niższej wagi niż przed szpitalem – mówi Ewa.

– My nie chciałyśmy być chude, to nie dlatego – mówi Natalia.

– To nie jest tak, że na anoreksję i bulimię chorują puste dziewczyny, które koniecznie chcą być modelkami. Wręcz odwrotnie. Są bardzo inteligentne i nienawidzą swojego ciała. Od tego się zaczyna, nie chcą być modelkami, bo się nie akceptują. Niejedzenie jest formą protestu. A powodów tego protestu jest sporo. Niektóre chcą poprawić sylwetkę, ćwiczą, stosują diety, ale nikt im w domu nie wyznaczał granic i one ich nie mają. Albo mówiło im się, że są dzielne, że muszą sobie poradzić, ale bezrefleksyjnie, bez wsparcia. I w pewnym momencie taka nastolatka sobie z czymś nie radzi, a wsparcia dalej nie ma. Ale są też gwałty, molestowanie. Gwałcą ojcowie, bracia, nauczyciele. To są historie, od których nie wytrzymują niektórzy terapeuci. Każda z tych dziewczyn to jest oddzielny materiał na reportaż. Zwłaszcza te, które były kilka razy w szpitalu psychiatrycznym. Pasy, izolatki, zmuszanie do jedzenia, wcieranie jedzenie we włosy, żeby tyle nie jeść, nadmierna kontrolna – mówi Ewa.

Ania miała 13 lat kiedy trafiła na oddział.

– 1,5 miesiąca, w wakacje, leżałam i patrzyłam w sufit. Zabrali mi wszystko, nawet kartkę z długopisem. Nie mogłam nic robić, nawet wyjść na dwór. Dlaczego? Za karę. Bo za mało przybierałam na wadze – mówi Ania.

Jednak z zagrożeniem życia, kiedy BMI jest za niskie, szpitale nie chcą przyjmować.

– Granicą jest 13-15 BMI. Natalia miała 10 BMI. To jest zagrożenie życia. Żaden szpital nie chciał jej przyjąć. Mama jeździła z nią od szpitala do szpitala. Co miała zrobić? Musiała najpierw przytyć, czyli musiała się wyleczyć, żeby przyjęli ją na leczenie. Mogła umrzeć. W końcu ją przyjęli, teraz jest u nas – mówi Ewa.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama