Piekło pocztowe

Przywołany tytuł książki autorstwa Terry’ego Pratchetta może kojarzyć się z sytuacją na piaseczyńskiej poczcie.

W Mysiadle listonosz dociera do adresatów raz w miesiącu. Raz na dwa tygodnie to już dobry standard. Skargi na usługi pocztowe to zdecydowanie najczęstszy temat, z którym zwracają się do nas czytelnicy. Wiele osób oswoiło się już z myślą, że poczta w naszym rejonie działa zawsze z opóźnieniem, i uwzględnia to w swoich działaniach. Przynajmniej w tych, na które mamy wpływ, czyli np. zamawiając różnego rodzaju przesyłki, uwzględniamy wydłużony czas oczekiwania. Gorzej, jeśli jesteśmy adresatami korespondencji, która ma dla nas istotne znaczenie, ale nie mamy pojęcia, że została do nas skierowana. A nawet jeśli wiemy, że zostały do nas wysłane ważne dokumenty, nic nie możemy zrobić, kiedy z jakiegoś powodu nie mogą do nas dotrzeć.

Temat numer jeden

Do redakcji przychodzą mieszkańcy, którzy nie otrzymali w terminie wezwania do sądu, dokumentów z banku, czy ambasady. Rachunki docierające po terminie płatności to już standard. Przy czym odsetek za opóźnienie w ich uiszczeniu nie poniesie przecież poczta, tylko klient.

– W większości przypadków to groszowe sprawy, ale jak rachunek za gaz po sezonie grzewczym przyjdzie dwa tygodnie po terminie, to trzeba zapłacić już kilkanaście czy kilkadziesiąt złotych – oburza się pani Małgorzata z Zalesia Dolnego. Przyznaje jednak, że ostatnio jest odrobinę lepiej i listonosz bywa znowu raz w tygodniu. Warto jednak pamiętać, że standardem powinny być wizyty codzienne. Oczywiście jest to nierealne przy obecnej skali zatrudnienia doręczycieli. Podkreślają to naczelnicy zarówno urzędu pocztowego w Piasecznie, jak i w Mysiadle.

Pracownika pilnie zatrudnię

Mysiadło zostało wydzielone z Piaseczna w lipcu bieżącego roku. Miało to poprawić sytuację. Własna sortownia, oddelegowani do niej pracownicy oraz listonosze. Niestety nie jest lepiej. Problemem obu urzędów jest permanentny brak pracowników. Jak przyznał nam naczelnik poczty w Mysiadle, w tej chwili brakuje mu listonoszy na 5 rejonów. W takiej sytuacji ich obsługą zająć muszą się pozostali pracownicy, więc ta dodatkowa praca jest wykonywana stosunkowo rzadko.

– Ja nie mam pretensji do tego biednego listonosza, bo to przecież nie jego wina – powiedział nam pan Bogusław. – Ale naprawdę nie może tak być, że poczta dociera do nas raz w miesiącu – podkreślił starszy pan, poruszający się o kulach. – Ostatnio dostałem pismo z banku wymagające mojego stawiennictwa. Na szczęście przyszło dzień przed wyznaczonym terminem i na szczęście byłem w stanie dotrzeć w terminie, a co jakby przyszło dzień później? – pyta retorycznie i pokazuje pieczątkę z banku z datą 10 października oraz własną (stempluje wszystkie listy), z datą dotarcia 13 listopada.

Pracowników brakuje, bo zarobki są niesatysfakcjonujące. Zarząd Poczty Polskiej S.A. podjął ostatnio decyzję o podniesieniu podstawy wynagrodzenia do 2500 zł. Czy będzie to dodatkowa zachęta? Optymizm naczelników jest umiarkowany. Rozmawiać oficjalnie im nie wolno, dziennikarzy odsyłają do rzecznika prasowego, który nie zna dokładnie specyfiki naszego rejonu i za każdym razem powtarza ogólniki. W połowie listopada w całym kraju odbyła się akcja tzw. szybkiej rekrutacji, związana ze wzmożonym w okresie od grudnia do końca lutego natłokiem korespondencji. Urząd Pocztowy w Piasecznie jako jeden z 19 w całej Polsce i jedyny w województwie, poza Pocztą Główną w Warszawie, został wytypowany do tej akcji. To znaczy przynajmniej tyle, że władze spółki mają świadomość, że liczba mieszkańców i korespondencji, którą trzeba im dostarczyć, zdecydowanie przerasta moce przerobowe zatrudnionych pracowników. A ich rotacja jest ogromna i sami naczelnicy urzędów tego problemu nie rozwiążą. Lokalny rynek pracowników jest bowiem coraz bardziej wymagający.