Multikulti kaput

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Już w najbliższy weekend w Górze Kalwarii odbędzie się konferencja z udziałem sław naukowych z całej Europy poświęcona tolerancji i zagadnieniom imigracji. Dobre praktyki i doświadczenia z rożnych zakątków świata, w tym także z Polski i z gminy Góra Kalwaria, mogą pomóc nam w zmierzeniu się z coraz to nowymi wyzwaniami. O zagadnieniach wielokulturowości i integracji rozmawiam z jednym z zaproszonych gości – profesorem Bohdanem Michalskim.

Krzysztof Dynowski: Funkcjonująca we współczesnej Europie wielokulturowość zdaje się nie umieć sprostać wyzwaniom zrodzonym przez konflikty na Bliskim Wschodzie i w Afryce. Setki tysięcy imigrantów w Europie, zamieszki na tle etnicznym i rasowym, terror i dżihad. Z drugiej strony mamy przecież doskonałe przykłady z naszej, polskiej historii, kiedy różne kultury i nacje przenikały się, żyły ze sobą w zgodzie, jednocześnie po części przyjmując, czy też akceptując kulturę kraju, w którym się znalazły. To też wielokulturowość, ale jakże inna...

Profesor Bohdan Michalski: Nie można powiedzieć, że przeszłość tak się radykalnie rożni od teraźniejszości. Dawniej te kultury bardziej się ze sobą przenikały, ale nie wszyscy Żydzi byli otwarci na polską kulturę, w której przecież żyli. Większość z nich była bardzo religijna, mówiła innym językiem, żyła w swojej tradycji i kulturze, często mieli swoje, zamknięte enklawy. Zasadnicza różnica dotyczy tu jednak kwestii czasu – Polacy i Żydzi żyli na tym samym terenie przez całe wieki. Natomiast dzisiaj uchodźcy i imigranci, nowi Anglicy, Francuzi czy Szwedzi, przeważnie żyją w krajach Europy dopiero kilka pokoleń.

KD: Multikulturalizm się kończy?

BM: Jeszcze 10 lat temu mówiło się dużo o teorii multikulturalizmu, powstawały publikacje, odbywały się dyskusje. Dziś kanclerz Merkel używa sformułowania „Multikulti kaputt”, zaś prezydent Sarkozy za swojej kadencji mówił, że Francja za bardzo skupiła się na tożsamości nowych Francuzów, imigrantów, a za mało uwzględniła potrzeby rządzenia państwem. Doskonałym przykładem są tu Sikhowie w Anglii. Jako mniejszość religijna wystąpili z inicjatywą legislacyjną, aby zmienić prawo o ruchu drogowym. Sikhowie noszą turbany ze względów religijnych, co uniemożliwia im spełnienie wymogów prawa dotyczących jazdy motocyklem w kasku. Parlament angielski zdecydował, że wyłączy Sikhów z tego obowiązku. Po pewnym czasie uznano, że taki precedens był fatalny w skutkach, tworzył nierówności wobec prawa i tworzył dysharmonię w systemie legislacyjnym, ale przysłowiowe mleko już się rozlało, raz dane przywileje trudno cofnąć. Przenieśmy się teraz do Szwecji, kraju bardzo tolerancyjnego, szanującego odmienność. W pewnej rodzinie muzułmańskiej ojciec ze stryjem zabili młodą dziewczynę ze względu na jej uczucie do Szweda. Rozpoczęło to ogromną falę dyskusji – czy większość Szwedów ma zaakceptować prawa i tradycje mniejszości imigrantów? W imię szacunku do odmienności pozwolić na morderstwo w majestacie prawa? Z takich powodów multikulturalizm zaczął być nie do przyjęcia.

KD: Skąd w tym wszystkim biorą się zamachowcy?

BM: Po zamachach w metrze madryckim i londyńskim czy zniszczeniu wież WTC zaczęto badać, kim są ci młodzi zamachowcy. Okazało się, że są to ludzie wychowani już na zachodzie, po szkołach w Londynie czy w Madrycie. Łączy ich pewna cecha – wszyscy to trzecie pokolenie. Zastanawiano się, dlaczego akurat w nim występuje taka skłonność do przyjmowania ideologii dżihadu.

Kiedy imigrant z krajów arabskich przyjeżdża do Londynu czy Paryża, często ma ze sobą żoną czy wręcz rodzinę, ma na miejscu jakichś znajomych – żyje jeszcze przeszłością. Przywiózł ze sobą swoją kulturę, tradycję i religię, które zaspokajają jego potrzeby duchowe. Nawet jeśli natrafi na pewne problemy, w domu, niczym w doniczce, żyje w bezpiecznej otoczce swojej kultury. Jego dzieci, które do nowego miejsca przyjeżdżają bardzo małe lub się w nim rodzą, są jeszcze przesiąknięte atmosferą domową, ale poza nim zderzają się z odrzuceniem społeczeństwa. Mogą gorzej mówić po angielsku czy francusku, wyglądają trochę inaczej niż rówieśnicy, mają inną religię, inne nazwiska, trudniej im znaleźć pracę – to wszystko rodzi liczne frustracje. Te dzieci, żyjąc jeszcze atmosferą domu i kulturą przodków, mają jeszcze jakieś zaplecze. Ale ich dzieci, trzecie pokolenie, nie ma już żadnej tradycji.

Są już wychowane absolutnie w środowisku kraju, do którego przybyli, relacje z dziadkami są na tyle słabe, że nie przekazują prawie żadnych wartości. Młodzi czują odrzucenie, trudności z pracą, na ogół są to ludzie biedni, którzy żyją w pewnej pustce ideologicznej. Nie identyfikują się z kulturą dziadków, nie odczuwają też akceptacji w nowym środowisku. Są przez to niezwykle podatni na radykalną ideologię, która z pozycji wykluczonych stawia ich na pierwszym miejscu, która nadaje im wartość. Wypełnianie obowiązków wobec swojej religii nadaje sens ich życiu, niezależnie, czy będzie się to odbywać na miejscu, czy wyjadą walczyć w szeregach Państwa Islamskiego.

KD: Multikulturalizm „niechcący” stworzył więc swój koniec?

BM: Multikulturalizm to dla mnie ta metaforyczna koncepcja doniczki. Zakładał, że ci ludzie przenoszą się z tą otoczką kultury, swoją „doniczką”, która zapewni czy też zastąpi imigrantowi wspomniane potrzeby wewnętrzne i duchowe. W nowym kraju te doniczki lokuje się razem i tworzy w ten sposób getto. Ze względu na szacunek dla kultury i odmienności system nie wymagał wyjęcia ich z tych doniczek, włożenia w glebę lokalną, żeby tam zapuścić korzenie. Getto jest rozwiązaniem najprostszym, ale powoduje izolację i frustrację. Wyjęcie ich z tych doniczek wymaga organizacji i nakładów finansowych, lepszej edukacji, szkoleń, stworzenia warunków do życia, w których imigranci nie muszą żyć razem w podmiejskich slumsach. Anglia czy Francja polityką multikulturalizmu umyły ręce - niech sobie żyją w gettach i nie przeszkadzają. Nikt wtedy nie przypuszczał, jakie może to mieć konsekwencje.

KD: Konferencja nieprzypadkowo odbywa się w Górze Kalwarii – przeplata się tu historia żydowskiej Nowej Jerozolimy ze współczesnym ośrodkiem dla uchodźców w Lininie. Jak wygląda sytuacja u nas?

BM: W Lininie żyje około 350 osób (głównie Czeczeni, Gruzini i Ukraińcy) oczekujących na rozpatrzenie ich statusu przez odpowiednie urzędy. Mieszkają w dobrych warunkach, uczą się języka polskiego, mają też zajęcia praktyczne uczące konkretnych zawodów. Ich życie nie jest usłane różami, żyją w lesie, nie bardzo mają pieniądze, żeby się przemieścić, ale mają tę pewność, że nikt ich tu nie zabije, że mają szansę, nadzieję. Chcemy dać tym ludziom możliwość wyjścia ze swoich „doniczek”, nawiązania dialogu z miejscem i z ludźmi, planujemy więc wiele działań wyprzedzających potencjalne niepożądane zdarzenia.

Młodzież uczymy technik komputerowych, angielskiego i komunikacji wizualnej. Zajęcia obejmują wszystkich – i Polaków, i uchodźców. Łączone zajęcia dodatkowe to nie tylko lepsze poznanie tematyki poszczególnych przedmiotów, lecz także integracja i zdobycie umiejętności międzykulturowych, które wkrótce – dla jednych i drugich – mogą być bardzo przydatne, zarówno w życiu codziennym jak i w pracy zawodowej. Te działania to też wyprzedzenie nieuchronnych trudności, ale szczęśliwie mamy ten luksus, że to projekt pilotażowy, który może docelowo zadziałać w całej Polsce i wyprzedzić potencjalne problemy, zanim zdążą wystąpić.

KD: Integracja, komunikacja, nowe kontakty, miejsca, znajomi – czy to już pewne więzi „doniczek”?

BM: Uchodźcy w Lininie mają zapewnione dobre warunki egzystencji, nazwijmy to biologicznej, ale oni nie są w żaden sposób wciągani, nie ma płaszczyzny nawiązania kontaktu. Dzięki środkom z mechanizmu norweskiego, Fundacji Batorego i programowi Obywatele dla tolerancji, możemy stworzyć płaszczyznę do dialogu, opartego na metodologii opracowanej w Centrum Nansena w Norwegii.

Jedna strona opowiada swoją narrację, traumę, druga strona tylko słucha, potem na odwrót. Tu nie chodzi o to, żeby ktoś kogoś przekonał, zwyciężył. Poznanie, wysłuchanie czy zwiększenie świadomości działa już jako zaczyn leczenia ran, pierwszy krok ku pojednaniu. Za tą metodę Centrum Nansena dostało nagrodę edukacyjną UNESCO, zaś profesor Steinar Bryn był kilkukrotnie nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Przyjedzie do Góry Kalwarii bezpośrednio z Ukrainy i będzie prowadził warsztaty oraz brał udział w konferencji. Oczywiście to, że ktoś przejdzie seminarium, nie oznacza momentalnej zmiany – to pierwszy krok do rozerwania tej „doniczki”, do zrozumienia drugiej strony, zyskania poczucia bezpieczeństwa.

KD: Czy ta metoda, w skali europejskiej, w setkach tysięcy, nie pod kątem merytorycznym, ale logistycznym – czy zda egzamin?

BM: Świat pierwszy raz mierzy się z problemem w tak dużej skali. Metodologia dialogu i późniejsze „zasadzanie doniczek” to kolejne kroki – wcześniej trzeba ludzi uratować, nakarmić, wyleczyć, zapobiegać epidemiom. Często uchodźcy maja problem z porozumiewaniem się w języku kraju, do którego dotarli, są w szoku, uciekają z terenów ogarniętych wojną. To zbyt poważny problem, by tych ludzi pozostawić w gettach i przyjąć, że „jakoś to będzie”.

Konferencja, której będziemy uczestnikami, ma za zadanie m.in. przybliżyć problem integracji, tolerancji i dialogu w środowiskach, które stykać się będą z uchodźcami oraz przygotować podwaliny pod złożony proces, w którym Europa będzie musiała nie tylko poradzić sobie z rosnąca falą uchodźców, lecz także naprawić popełnione do tej pory błędy.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama