Ludzie listy piszą…

188

Instytucje nadzorujące urzędy pocztowe w Mysiadle i Piasecznie twierdzą, że sytuacja się poprawiła. Zdania mieszkańców są podzielone.

Temat poczty w naszym rejonie jest wyjątkowo żywy od 2 lat. To dość czasu, by adresaci się oswoili z faktem, że na pocztę trzeba długo czekać. I by dochodziło do sytuacji tak absurdalnych, jak wybuch pełnego niedowierzania entuzjazmu, kiedy odbieramy list wysłany zaledwie 4 dni wcześniej. W naszej redakcji od początku roku już dwukrotnie zdarzyły się takie niespodzianki, można by więc uznać, że nastąpiła poprawa.

– Przyniosłem kolejną porcję dowodów na to, że nic się nie zmieniło – mówi jeden z naszych czytelników z Mysiadła dostarczając plik kopert, które znakuje własną pieczątką z datownikiem w momencie odbioru. – Telewizja, artykuły, obiecanki, a ja nadal dostaję pocztę hurtem raz w miesiącu – informuje.

Czy „lepiej” oznacza „dobrze”?

W ostatnich dniach lesznowolski radny Marcin Kania otrzymał odpowiedź z Departamentu Poczty Ministerstwa Infrastruktury. Dyrektor Departamentu Rynku Pocztowego Przemysław Cząstka informuje w piśmie, że, jak wynika z wyjaśnień Poczty Polskiej SA, „praca służby doręczeń w rejonie gminy Lesznowola została przeorganizowana i poszczególne rejony są obsługiwane na bieżąco”. Z informacji wynika, że zatrudniono dodatkowych listonoszy, a doręczenia odbywają się również w soboty. „Poprawę i unormowanie sytuacji”, jeśli chodzi o terminowość dostarczania przesyłek, miały też potwierdzić kontrole prowadzone przez Region Sieci Warszawa Województwo Poczty Polskiej S.A. Oba urzędy bowiem, Piaseczno 1 oraz Mysiadło, zostały objęte szczególnym nadzorem Regionu Sieci. Innymi słowy, pracownicy obu urzędów mogą się spodziewać kontrolowania swojej pracy.

Widmo „gołębiej grypy”

Pytanie tylko, czy to rzeczywiście wpłynie na trwałą poprawę z punktu widzenia klienta poczty. Można bowiem domniemywać, że wizja dodatkowej presji nie jest szczególnie zachęcająca do podjęcia czy utrzymania pracy jako listonosz. A to właśnie brak chętnych do pracy i ogromna rotacja pracowników są największą zmorą obu urzędów. Powód jest banalny – niskie płace. Nie można wykluczyć, że niebawem również my odczujemy rozpoczętą pod koniec stycznia akcję strajkową pracowników Poczty Polskiej SA. Tzw. „gołębia grypa”, czyli masowe zwolnienia lekarskie, na razie dotknęła głównie dużych miast. Pocztowcy mają dość pracy za kwoty nieznacznie przekraczające najniższą krajową i za ponury żart władz spółki uznają chwalenie się ustaleniem płacy minimalnej na poziomie 2,5 tys. złotych brutto.

Jak wynika z obiegu pism między radnym Kanią, Ministerstwem Infrastruktury a Pocztą Polską – jest lepiej. W obiegu pism z pewnością, bo odbywał się pocztą… elektroniczną.