Już nikt nie pamięta o 6-latkach

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Rozmowa z Leszkiem Sankowskim, Dyrektorem Szkoły Podstawowej im. Mikołaja Kopernika w Ustanowie.

 

Każdej wiosny ożywają tematy edukacyjne wśród rodziców. Ministerstwo Edukacji przyzwyczaiło już nas do zmian, 8-letnia szkoła podstawowa, likwidacja gimnazjum, nowa podstawa programowa. Co Pan o tym sądzi?

Jest jeszcze jedna istotna zmiana, we wrześniu, do pierwszej klasy poszły 7-latki, a nie 6-latki, i jest to duży atut tej reformy, powiedziałbym powrót do normalności.

Ale są kraje, gdzie do szkoły idą już 5-latki?

Nie tyle do szkoły, co do budynku szkolnego, bo zajęcia dla takich dzieci prowadzone są tak, jak w naszym przedszkolu. Wynika to z biologicznych procesów dojrzewania dziecka, które zostały już zbadane 60 lat temu. Dopiero około 7. roku życia zachodzą w mózgu dziecka zmiany, w wyniku których mówimy, że emocjonalnie i rozwojowo jest gotowe do szkoły.

Na szczęście nie mamy już problemu 6-latków w szkole?

Problem jest, tylko został przesunięty w czasie. Dzieci, które wcześniej poszły do szkoły, w klasach 1-3 były w jednej sali pod parasolem jednej pani. W klasie czwartej okazuje się, że dziecko emocjonalnie jest jeszcze niedojrzałe do nowych obowiązków, do ocen, planu lekcji, zmian nauczycieli. Dlatego wiele dzieci w szkołach publicznych przeżywa traumę w klasie czwartej, zniechęca się, ma boleści brzucha na myśl, że rano trzeba iść do szkoły. Przykre jest to, że już nikt nie pamięta o dzieciach, które w wieku 6 lat poszły do szkoły.

W klasach czwartych ujawniają się duże dysproporcje. Są uczniowie, którzy pracują szybciej i zrobią zadanie, zanim inni przeczytają polecenie, bo są jeszcze na tym etapie rozwojowym. W dużej, 30-osobowej klasie trudno o podejście indywidualne. Tracą wszyscy, ci zdolni, bo nudzą się, przeszkadzają, dostają uwagę i przeżywają regres edukacyjny, oraz ci wolniej pracujący, bo nikt na nich nie poczeka, nie wytłumaczy i dostają łatkę słabego ucznia, której nie sposób zmyć do 8. klasy.

A jak to wygląda w Pana szkole, w Koperniku?

Zupełnie inaczej, nie ma u nas syndromu klasy czwartej, codziennie mijam na korytarzu szczęśliwych uczniów, mimo tego, że są bardziej dociążeni, niż ich rówieśnicy w szkołach publicznych, realizują rozszerzony program, przebywają dłużej w szkole i tu głównie pracują, mniej w domu. Stosujemy aktywne metody edukacji, doświadczenia, eksperymenty, zabawę w teatr, młodych dziennikarzy, czy akcje typu "Noc matematyczna".

Uczniowie mogą wybierać spośród kół zainteresowań, a materiał na lekcji też jest często dostosowany do ucznia. Ci zdolniejsi pracują więcej, na miarę swoich możliwości. Uczniowie, którzy w danym momencie wolniej pracują, otrzymują dodatkowe wsparcie w postaci zajęć wyrównawczych i konsultacji.

W takim razie co należy zrobić, aby czwarta klasa nie była dla „wcześniaków” traumą?

Trzeba pamiętać, że drugi etap edukacyjny nie kończy się na 4. klasie, tylko jest to okres 4-8 i szkoła może odpowiednio dostosować program i rozkład materiału. W naszej szkole od klasy 4. uczniowie mają więcej lekcji matematyki czy języka polskiego, niż zakłada to podstawa programowa. Uczeń powinien dobrze opanować podstawy i zrozumieć materiał, a nie zakuć go na ocenę. Nauczyciel, mając więcej czasu i mniejsze grupy, może zastosować „dłuższy rozbieg” jeśli widzi, że jest taka potrzeba, poświęcić czas na utrwalanie materiału na lekcji. Może pracować różnorodnie i aktywnie, bo dzieciom trudno jest usiedzieć w ławce i skupić się przez 45 min na lekcji.

Wspomniał Pan o 4-8, czy podstawówka powinna być 6- czy 8-letnia?

Jest to dla mnie drugorzędne. W całej tej dyskusji nie dotyka się kluczowego problemu – sposobu nauczania, który się nie zmienił.

Co dokładnie ma Pan na myśli?

Mówię o prowadzeniu lekcji ex-cathaedra z trzydziestką dziesięciolatków. Mówię o tym, że w ogólnie pojętej polskiej szkole wszystkich uczy się tak samo, tego samego, według ściśle określonego klucza i tak samo się wszystkich ocenia, nie ma oceniania za postęp. Nie ma tolerancji dla różnic rozwojowych dziecka, a zamiast pracować z uczniem głównie się wymaga, mierzy i ocenia.

W takim razie co trzeba zrobić?

Przede wszystkim postawić polskiej szkole jasny cel. Tym celem powinna być wizja przyszłości ucznia, czyli trzeba sobie postawić pytanie, czego i jak powinniśmy uczyć obecnego 7-latka, aby za 20 lat wszedł z sukcesem w życie. Aby na rynku pracy, tu w Polsce, z podniesioną głową mógł konkurować z rówieśnikami z Doliny Krzemowej, być wziętym dziennikarzem, pisarzem czy prowadzić własną firmę.

Nie każdy musi zostać inżynierem czy dziennikarzem.

Tak, ale szkoła powinna to wszystkim umożliwić, zachęcać i wspierać, pokazywać ścieżkę rozwoju, a nie stygmatyzować i programować. Za 20 lat zniknie połowa zawodów, jakie obecnie znamy, a pojawią się nowe. Wiedząc o tym, szkoła powinna przygotować młodych ludzi do nowej rzeczywistości, nie do dnia wczorajszego, Trzeba szczególnie stawiać na rozwój kompetencji, takich jak kreatywność, logiczne myślenie, umiejętność rozwiązywania problemów, naukę języków obcych.

Czy można nauczyć kreatywności, logicznego myślenia?

Tak, wiele osób o tym mówi, nie do końca wiedząc, jak rozwijać te kompetencje. My stawiamy na nauczanie problemowe. Trzeba stawiać uczniom intrygujące pytania, aby samodzielnie szukali odpowiedzi. Pozwalać na przeprowadzanie prostych doświadczeń, aby odkrywali, dlaczego samolot unosi się w powietrzu, albo poznawali zasady elektryczności. Jednym słowem stawianie problemu, weryfikowanie hipotez uczniowskich i myślenie przyczynowo skutkowe.

Trzeba też pozwalać uczniom wyrażać własne zdanie, wysłuchać opinii, a przede wszystkim argumentacji, zachęcać do rozwiązania zadania „po swojemu”, pozwolić na popełnianie błędu. Budujemy wtedy w dziecku postawę, odwagę i wiarę w siebie, poczucie własnej wartości, a to jest ważniejsze od samej wiedzy i ilości przyswojonego materiału. Tego najbardziej brakuje w polskich szkołach, szkołach, w których dzieci chowają się przed wzrokiem nauczyciela i boją podnieść rękę, jeśli nie mają 100% pewności.

Projekty to też forma nauczania problemowego, uczniowie uczą się, jak się uczyć, jak współpracować z innymi, a także jak zastosować zdobywane w szkole wiadomości i umiejętności w życiu codziennym.

Pracując w ten sposób, chcemy też przygotować dzieci do dobrego liceum, np. liceum IB (z maturą międzynarodową), gdzie liczy się nie tylko wiedza, ale przede wszystkim postawa, umiejętność rozwiązywania problemów, pracy zespołowej i zastosowania zdobytej wiedzy w praktyce.

Wszystko to wydaje się logiczne i oczywiste, a jednocześnie odległe w realiach polskiej szkoły. Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama