Szara masa

124

Światowa kinematografia odnotowała właśnie kolejny rekord – od walentynkowej premiery film „50 twarzy Greya” przyciągnął do kin więcej widzów, niż jakakolwiek inna produkcja ostatnich kilku lat.


Odbiór ekranizacji bestsellera E.L. James jest ambiwalentny – jedni chwalą film, inni mieszają go z błotem, kolejni wykorzystują go do analizy współczesnego społeczeństwa i jego kondycji kulturalnej i intelektualnej.
To, że „50 twarzy Greya” trafi na ekrany, było oczywiste, biorąc pod uwagę furorę wywołaną książką. Pół świata z wypiekami na twarzy czekało na ogłoszenie obsady; na giełdzie nazwisk pojawili się nawet James Franco czy Scarlett Johansson, choć wiadomo było, że żaden aktor, który wypracował już swoją markę, nie zaryzykuje udziału w produkcji. Tracić twarz z powodu ekranizacji fatalnie napisanego porno dla gospodyń domowych? Raczej nie.
Po filmie spodziewano się wiele – wszak cała książka to właściwie jedna wielka scena wyuzdanego seksu, z kajdanami, pejczami i gorącymi substancjami. Czytelnicy – czy raczej czytelniczki – oczekiwali strzelającego pod sufit kinowej sali erotyzmu. Tych zapewne film nieco rozczarował. Pamiętajmy, że to produkcja amerykańska, a USA słynie ze swojej pruderii w dość ciekawym ujęciu – za przykład niech posłuży serial „Hannibal”, gdzie twórcom wolno pokazać ludzkie zwłoki poszatkowane, poszarpane i nadziane na jelenie rogi – byle tylko nie widać było nawet skrawka damskiej piersi. Jak zatem pokazać fabułę opartą wyłącznie na seksie, bez seksu? Filmowcy podeszli do tematu ostrożnie, ku uldze tych, którzy obawiali się ostatecznej degradacji kultury.
Niektórzy socjologowie wyrażali niedawno obawy, że po premierze filmu rozdzwonią się numery alarmowe, gdy naśladowcy Christiana i Anastasii zgubią kluczyki od kajdanek, a na SORach pojawią się masowo ofiary oparzeń woskiem i zbyt mocnego „miłosnego” biczowania. Ale chyba nie ma powodu do obaw. Po szale „Harry’ego Pottera”, który nastał jakiś czas temu, nie słychać było o dzieciakach masowo skaczących z dachów z miotłą między nogami, a po sadze „Zmierzch” nikt nie pił litrami krwi, by przemienić się w wampira. Również teraz, w ramach histerii wokół „50 twarzy Greya” ludzie raczej nie rzucą się do sex-shopów po pejcze i skórzaną bieliznę. Książka nie wywołała gwałtownego wzrostu czytelnictwa, choć patrząc na powstające w księgarniach działy z literaturą erotyczną, być może zmieniła nieco jego jakość. Film z kolei przepadnie w końcu bez echa, przykryty dziesiątkami innych, równie miałkich produkcji, zagłuszony tytułami faktycznie godnymi uwagi. A tym, którzy tak głośno chwalą „50 twarzy…” jako film przełomowy, wprowadzający seks do kin, przypomnijmy tylko kilka tytułów: „Ostatnie tango w Paryżu”, „Imperium zmysłów”, „Gorzkie gody”, „Nimfomanka”…
Tu nie ma nic odkrywczego. Film „50 twarzy Greya” to nic więcej, jak tylko komercyjne przedłużenie życia lichej książki napisanej lichym językiem dla kobiet, których liche życie intymne pcha w stronę fantazji o wyuzdanym miliarderze.
Ot, dobrze sprzedany harlequin.