Przegadana magia

106

Woody Allen serwuje nam historyjkę o magikach. Ale magii w tym niewiele.

 

Wei Ling Soo, światowej sławy chiński iluzjonista, tak naprawdę nazywa się Stanley Crawford, jest Anglikiem i w wolnych chwilach zajmuje się demaskowaniem zjawisk paranormalnych. Kiedy przyjaciel prosi go o pomoc w zdemaskowaniu młodziutkiej Sophie, która podając się za medium uwiodła milionera, pewny swego Stanley rusza do Francji. Jego nonszalancja i sceptycyzm zostają poddane próbie, gdy okazuje się, że Sophie najwyraźniej rzeczywiście porozumiewa się z duchami. Z czasem Anglik zaczyna zakochiwać się w młodej Amerykance…

Woody Allen robi filmy nierówne – w ostatnich latach na przemian kręcił rzeczy świetne („Vicky, Cristina, Barcelona czy „Blue Jasmine”) i słabe („Zakochani w Rzymie”, „Poznasz przystojnego bruneta”). Tym razem wyszedł mu film dość nijaki – są tu świetne dialogi, ale jest ich zdecydowanie za dużo; film – jak to u Allena – dobry aktorsko, ale mocno eksploatowany ostatnio Colin Firth zaczyna nudzić widzów. Sama fabuła nie ma w sobie nic nowego. Miłe dla oka widoki z Lazurowego Wybrzeża też już mieliśmy okazję oglądać.

„Magia w blasku księżyca” to raczej film dla wiernych fanów Woody’ego Allena i sam reżyser chyba to wyczuwa, puszczając do nich czasem perskie oko – czujny widz może dopatrzeć się tu nawiązań do jego wcześniejszych dzieł. Dlatego tym razem powstrzymamy się od przyznania nieistniejącej Przeglądowej punktacji.

Można iść, jeśli nie grają nic ciekawszego.