Zbrodnia w Żabieńcu

W październiku 1866 r. Piasecznem, Żabieńcem i całym okręgiem wstrząsnęła szokująca wiadomość. Oto we wsi Żabieniec, położonej w niedalekiej odległości od Piaseczna, w gospodarstwie gajowego M. została popełniona zbrodnia. Okoliczności tego czynu przez wiele lat będą okazją do analiz i dyskusji. Zastanawiano się, czy prawo nie jest zbyt liberalne dla złoczyńców, filozofowano na temat moralności człowieka i przede wszystkim współczująco opowiadano o rodzicach zamordowanych dzieci. Co się wydarzyło?

6 października 1866 r. ze studni będącej na terenie gospodarstwa nieopodal centrum wsi Żabieniec w okręgu czerskim, wydobyto ciała dwojga dzieci: Agnieszki lat 6 i Andrzeja lat 7. Cembrowina studni była zakrwawiona, ciała dzieci nosiły liczne rany. W domu leżała nieprzytomna szesnastoletnia Katarzyna, pozostała przy życiu, ale miała poranioną głowę. Były to dzieci gajowego M. Nie znaleziono w obejściu 18-letniego Józefa, syna gajowego. Sądzono, że dołączył do ojca pracującego w lesie. Niestety ku przerażeniu wszystkich uczestników dramatu, ciało Józefa znaleziono w błotnistej strudze nieopodal domu, z postronkiem na szyi. Został uduszony. Dramat rozegrał się w czasie, gdy gajowy pracował w dużej odległości od domu, w środku lasu, a jego żona poszła na jarmark do Piaseczna. Do gromadki dzieci gajowego M. należała jeszcze 9-letnia Ania, Maciej lat 10 i kilkumiesięczne niemowlę. Gospodarstwo gajowego od centrum wsi dzielił las, było więc nieco na uboczu.

Przy oględzinach domu policjantom rzucił się w oczy bałagan, a szczególnie rozbita i leżąca na środku izby skrzynka na klucze. Ktoś najwyraźniej przeszukiwał izby.

Dzieci opowiadały, że około południa przyszedł do nich Jan Czasak, lat 22, cioteczny brat gajowego i przez chwilę rozmawiał z Józiem, który w obejściu pracował przy kartoflach. Pogadali chwilę i poszli do lasu. Po godzinie Czasak wrócił sam. Katarzyna twierdziła, że wyglądał dziwnie, wystraszyła się go i starała się zachować dużą odległość od niego. Czasak poprosił o wodę. Katarzyna odmówiła, powiedziała, że się go boi. Wtedy ten krzyknął „gdzie ojciec ma pieniądze?!”. Dziewczyna odpowiedziała zgodnie z prawdą, że nie wie, wtedy Czasak złapał małego Macieja i na oczach Katarzyny zaczął nim potrząsać, Kasia dopadła do brata, Maciej wyrwał się i uciekł. Czasak uderzył dziewczynę parę razy w głowę, a gdy ta upadła na ziemię, zbrodniarz sądząc, że jest nieżywa, dla pewności napchał jej w usta ziemi. Tymczasem młodsza córka Anna, chwyciła niemowlę i pobiegła w stronę Żabieńca, po chwili dołączył do niej brat Maciej. Niemowlak był ciężki, aby szybciej uciekać pozostawiły go w lesie w bezpiecznym miejscu. Mieszkańcy Żabieńca, słysząc od dzieci, co się dzieje w domu gajowego, pobiegli na pomoc. Niestety w domu pozostało jeszcze dwoje dzieci, które znaleziono potem w studni. Gdy mieszkańcy Żabieńca dobiegli do domu gajowego, nie zastali już sprawcy czy sprawców morderstwa. Jan Czasak zniknął. Co ciekawe, kilka godzin później odszukano go na jarmarku w Piasecznie. Początkowo twierdził, że nic nie wie o wydarzeniach w domu ciotecznego brata, był od kilku godzin w Piasecznie, na co ma świadkówDdo zbrodni się nie przyznawał, twierdził, że zszokowane dzieci kłamią. Gdy okazało się, że dowodów przeciwko niemu jest zbyt dużo, opowiedział swoją wersję wydarzeń. Otóż twierdził, że: „… idąc na jarmark do Piaseczna, spotkał w lesie dwóch ludzi z kijami, którzy mu z sobą iść kazali, a wzbraniającemu się, powieszeniem grozili. Chciał krzyczeć, ale pod jakimś wpływem nieznanym, głosu nawet wydobyć z siebie nie mógł. Przybywszy przed barak gajowego, na rozkaz tych ludzi zawołał do nich Józefa, który też poszedł ku krzakom, ludzie owi zabrali go z sobą, a on, Czasak, już nie wołany poszedł ku miastu Piasecznu. Wkrótce jednak ci sami ludzie dopędzili go i kazali iść ku chałupie gajowego, dokąd przybywszy, dali mu pałkę w rękę”. Twierdził, że zmusili go do zamordowania Agnieszki i Andrzejka, świadków wydarzeń. Opowieść była tak niespójna, że trudno było w nią uwierzyć. Zbrodniarz, chcąc wymusić od dzieci informację o ukrytych pieniądzach, mordował je, jedno po drugim i wrzucał do studni.

Zeznania Czasaka były szokujące i kompletnie pozbawione sensu. Zastanawiano się, czy ten człowiek jest zdrowy na umyśle. Przeprowadzono badania lekarskie i poddano go obserwacji, wnioski z ekspertyz całkowicie potwierdzały jego poczytalność. Zdziwienie wszystkich było ogromne, gdyż morderca miał gromadkę swoich dzieci. Miał dobrą opinię we wsi i nigdy nie był karany, nawet za drobne przewinienia. Oczywiście jednoznacznie udowodniono, że zbrodniarz działał sam. Okazało się też, że był bardzo zadłużony u wielu osób. Gajowemu M. był winien 150 rs, na następny dzień miał oddać dług 100 rs. W rozmowie z gajowym, gdy ten poradził mu aby sprzedał woły, odpowiedział, że ma pomysł za zdobycie pieniędzy i sobie poradzi. Był przekonany widocznie, że znajdzie pieniądze brata w skrzynce na klucze i niepostrzeżenie je ukradnie. Tegoż strasznego dnia wiedział, że gajowy będzie miał pracę w lesie, żona gajowego jak zawsze pójdzie do Piaseczna na jarmark. Wkradł się do domu, ale pieniędzy w skrzynce nie było, bo żona gajowego, przed wyjściem do Piaseczna na jarmark, przeniosła pieniądze do innej skrytki.

Sąd skazał Jana Czasaka na 20 lat katorgi w kopalniach węgla i pozbawienie wszelkich praw. Senat dnia 21 (9) czerwca 1867 r. ten wyrok zatwierdził.

I jak zawsze po tak koszmarnej zbrodni, zaczęto zastanawiać się nad wydolnością policji, sądów i w ogóle nad poziomem moralnym społeczeństwa, no i nad wysokością wyroku.