W pogoni za bandytą – część 1

405

Wczesnym wrześniowym popołudniem 1926 roku ulicą Świętojańską biegł co sił w nogach pan Sobiepanek, był dozorcą w domu pana Podbielskiego. Sobiepanek zdyszany wbiegł na posterunek piaseczyńskiej policji mieszczący się przy ul. Świetojańskiej 4, była dokładnie godz. 14.30, tę właśnie godzinę zanotował dyżurny policjant.
To, co zameldował Sobiepanek, postawiło na nogi 20 policjantów i wywiadowców znajdujących się w tym czasie na posterunku. Wszyscy w te pędy pobiegli w stronę rzeki Jeziorki do pensjonatu dla dzieci i młodzieży pani Anny Widawerowej. To właśnie dozorczyni od pani Anny, niejaka Janowa Szellerowa, prosiła sąsiada o jak najszybsze zawiadomienie policji. Co się wydarzyło? Otóż kilka minut wcześniej do pensjonatu wbiegł obcy mężczyzna z okrzykiem – Gdzie ja się mogę tu ukryć? – i zniknął w środku willi. Dozorczyni ostrożnie przywołała sąsiada i poprosiła go o pomoc. 20 policjantów i wywiadowców pod dowództwem nadkomisarza Szczepkowskiego przeszukało pomieszczenia pensjonatu od piwnic po strych, sprawdzono nawet wieżyczkę, rewizja trwała pół godziny, ale niestety nie dała pozytywnego wyniku, mężczyzna zniknął. Otoczono miejsce wokół pensjonatu, przeszukano wille pana Banasikowskiego i Regnerówkę, bez rezultatu. Zdarzenie to wywołało panikę wśród mieszkańców Piaseczna.
Kim był człowiek, którego się tak bardzo bano?
Nazywał się Wiktor Zieliński i pochodził spod Raszyna, urodził się w 1901 roku. Jeszcze w dzieciństwie przeniósł się z rodzicami do Warszawy. Ojciec dostał posadę dozorcy w domu znajdującym się przy ulicy Kolejowej nr 49. Wiktor od dziecka stwarzał problemy. W świecie złodziejskim znany był pod pseudonimem „Piechur”. Powołany do służby wojskowej służył na Kresach i już tu rozpoczął swój bandycki zawód. Złapany na gorącym uczynku został skazany przez sąd wojskowy na karę dziewięciu lat ciężkiego więzienia. Uciekł sprawiedliwości i ukrywał się w Warszawie i tu stworzył szemraną szajkę. Dość szybko zdobył uznanie w warszawskim półświatku, zawsze nosił przy sobie broń i strzelał z niej bez skrupułów. W sumie zastrzelił 11 osób, w większości policjantów na służbie. Pierwszy krwawy napad bandy Piechura miał miejsce w Warszawie, był to atak na jeden z pałaców przy ulicy Szucha, bandyci spłoszeni przez policję uciekając, oddali kilka strzałów, raniąc ścigającego ich policjanta. Zielińskiego wytropiono na ul. Złotej w mieszkaniu jego siostry, dom otoczono. Bandyta, widząc policjantów, spokojnie wyszedł z mieszkania, czym zmylił pogoń. Gdy w końcu ktoś zorientował się, że to on i rozpoczął się pościg, Zieliński zaczął strzelać i ranił posterunkowego Lejmana i wywiadowcę Kowalskiego, obaj z 8 posterunku policji, po czym wmieszał się w tłum ludzi na ulicy. Ukrył się w grobowcu na Powązkach, trzy panny narzeczone przynosiły mu posiłki. W końcu przyszły w tym samym czasie, a że nie wiedziały o sobie nawzajem, wywiązała się awantura.
Zorganizowane obławy nie dawały rezultatów. Policja miała zdjęcie bandyty sprzed kilku lat, zdjęcie było stare i zupełnie nie pomagało w identyfikacji. Trudności komunikacyjne policji nie sprzyjały błyskawicznym akcjom. Na przykład pod Grójcem zepsuł się samochód i policjanci spóźnili się parę minut i nie zastali poszukiwanego. Tymczasem banda napadała dalej. Na przykład przy ulicy Tunelowej z mieszkania zrabowali biżuterię i pieniądze. Zieliński kupił sobie nowe palto w kolorze marengo, melonik, laseczkę i rękawiczki, na nogach miał lakierki zastrzelonego pod Piasecznem nauczyciela, osobiste rzeczy innego zastrzelonego nauczyciela, elegancki kołnierzyk z krawatem dodawał szyku. Pieniądze jednak zaczęły się kończyć.
Zieliński przeniósł się na prowincję – napadał w okolicach Piaseczna, Głoskowa, Tarczyna i Raszyna. Był coraz bezczelniejszy i coraz bardziej agresywny. Cały czas trwała też obława na niego. Sprawa zaczęła być znana na całym świecie. Naczelnik wydziału śledczego nadkomisarz Chełmicki oświadczył w wywiadzie dla prasy, że artykuły z gazet opisujące sprawę Zielińskiego są tłumaczone na kilka języków, docierają do Ameryki. Na kongresie policji w Berlinie dyskutowano o tej sprawie, zainteresował się nią prezydent policji amerykańskiej Ryszard Eurielb i podarował Chełmickiemu dla Zielińskiego specjalne kajdanki.
– Tych kajdanków nie może zdjąć nie tylko Zieliński, ale i sam diabeł – stwierdził nadkomisarz Chełmicki. Takich kajdanek polska policja nie posiadała, nie posiadała też dostatecznych środków finansowych na walkę z kryminalistami, arcyłotrami, gangsterami. Funkcjonariusze policji w Polsce w 1926 roku byli słabo opłacani, miało się to wkrótce zmienić.
Pod koniec września pewnego dnia ktoś dał cynk policji, że widziano Zielińskiego we wsi Łazy. Zarządzono obławę. Komendant posterunku policyjnego w Raszynie wysłał posterunkowego Wiktora Grabowskiego na zwiady. Grabowski wstąpił do kawiarni prowadzonej przez pana Rowińskiego i rozpoznał w wychodzącym mężczyźnie poszukiwanego bandytę. Zieliński zaczął uciekać i postrzelił Grabowskiego. Scenariusz poprzednich akcji powtórzył się, zanim przyjechała grupa policjantów, Zieliński ulotnił się jak kamfora. Miejscowy sołtys zarządził obławę, ale okazała się bezcelowa. Grabowski został odwieziony w stanie ciężkim do szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie. Tego samego dnia nadeszła informacja z Piaseczna, że w Lesie Chojnowskim tuż za Piasecznem pochwycono wspólnika Zielińskiego, Władysława Łukomskiego, który uczestniczył w napadzie i zabójstwie policjanta na stacji kolejki wąskotorowej w Głoskowie. (cdn.)