Stulecie szewców część 3

467

Patrząc na przedwojenne zdjęcia domu Banasikowskich aż trudno uwierzyć, że stał w małym miasteczku, a przecież jest kilka domów w okolicy rzeki Jeziorki, jeszcze istniejących, które podobne są bardziej do małych pałacyków, niż do kamienic w centrum miasteczka. Domów projektowanych przez najlepszych w Polsce architektów z tamtych czasów. W monografiach Piaseczna napisanych przez Tadeusza Żmudzińskiego w 1934 r. i publikacji wydanej przez zespół historyków pod redakcją Jerzego Antoniewicza w 1973 r., jedynych do dziś próbach zebrania ciekawej historii miasta w jedno dzieło, dzielnica letniskowa miasta nie jest w ogóle opisana. Sądzę, że brak opisu dziejów i bohaterów tego regionu jest celowy, tak jak celowe było ukrywanie historii miliona zdarzeń w Polsce w czasach „dyktatury proletariatu”. Żmudziński w przedwojennej publikacji wprawdzie wspomina o dzielnicy letniskowej, jest nawet fotografia tej rejonu, ale zorientowałam się, że tak naprawdę nikt nie wiedział, co na tej fotografii jest i też przemilcza się tu ogromnie ważną dla miasta społeczność tej dzielnicy. Ta zmowa milczenia jest jednym z powodów, dla których znikają domy o dużej wartości historycznej, bo mieszkańcy Piaseczna nie wiedzą nic o ich historii. Przedwojenny wygląd domu nad Jeziorką zdziwi zapewne wnikliwych obserwatorów.

Zdjęcie domu Banasikowskich sprzed 1939 r. fot: Podwarszawskie życie

Dom Józefa Banasikowskiego przed wojną był wyższy o jedno piętro. W czasach kryzysu, przed 1939 rokiem, drugie piętro willi służyło jako pensjonat dla letników, przynosiło niewielki grosz, ale dochód szybki i ważny, gdy w firmach obuwniczych brakowało pieniędzy. Piętro to zostało rozebrane po wojnie z przyczyn różnie definiowanych; jedni moi rozmówcy twierdzą, że dach przeciekał, nie było pieniędzy na remonty, zniszczone sufity straszyły i Maria Lewandowska, córka Józefa, podjęła decyzję o rozbiórce ostatniej kondygnacji i przebudowie domu. Inni twierdzą, że przyczyną zmian był strach przed dokwaterowaniem lokatorów. Pamiętam czasy zamurowywania okien w dużych domach. Miało to pomóc w uniknięciu dokwaterowań. Józef Banasikowski już wtedy nie żył; zmarł w czasie wojny w 1944 roku, pochowany jest na Powązkach. Niewiele wiem o jego śmierci i o tym, jak zakończyła żywot jego firma. Maria Goller wspominała rok 1944 jako tragiczny. Mieszkała wtedy w domu Banasikowskich w Warszawie, dom piaseczyński pełnił rolę raczej miejsca wypoczynku i rozrywki. Gdy wybuchło powstanie warszawskie, Maria jakimś cudem wydostała się z Warszawy i pieszo dotarła do domu w Piasecznie.

Rodzeństwo Stasia i mały Czesio w ogrodzie Banasikowskich, 1957 r. fot: zbiory rodzinne Apiecionków

Wojna zmieniła losy miliona rodzin, zmiana granic spowodowała migrację, jedna z rodzin, której los zwiąże się z losem Banasikowskich, musiała emigrować z Kresów z okolic miasteczka Mosarz, dziś na Białorusi w obwodzie witebskim, w rejonie głębockim. W 1954 r. 10-letnia wówczas Stasia Apiecionek (dziś Paśka), podróżowała z mamą 4 dni pociągiem do Piaseczna, do męża i ojca, pozostawiając za sobą groby przodków, majątek i historię pokoleń swojej rodziny. Pan Justyn Apiecionek zatrudniony był w piaseczyńskim szpitalu jako zaopatrzeniowiec, pracownik wszystkiego, co było związane z utrzymaniem szpitala w dobrej kondycji technicznej. Ceniony bardzo przez średni personel szpitala i doktora Gerbera, pan Apiecionek znany był mieszkańcom miasta z podróży rykszą, jeździł nią po sprawunki dla szpitalnej kuchni. Rodzina Apiecionków zamieszkała w niewielkim, gospodarczym domku obok willi Banasikowskich. Wówczas parter willi był zajęty przez Marię Lewandowską, piętro wraz z mężem weterynarzem zajmowała Zofia Goller. Byli też tu rozmieszczeni lokatorzy, jak wspominała Zofia Goller, dokwaterowani po pożarze jednego z domów w Piasecznie.

W ogrodzie Banasikowskich. Stasia Apiecionek z jedną z lokatorek domu stoją w fontannie przy rzeźbie chłopca fot: zbiory rodzinne Apiecionków

Pani Stanisława pamięta doskonale Mery Lewandowską, elegancką damę lubiącą spacerować po ogrodzie w wykwintnych szlafrokach, z czerwoną kokardą zawiązaną na głowie, w strojach, które swą urodą budziły zazdrość pań lokatorek. Mery nosiła rankiem na czole szeroka gumę, prawdopodobnie dla rozprostowania zmarszczek, nabalsamowana kremami z Ameryki, była jak istota z zupełnie innej bajki niż wszystko dookoła. Dla rodziny Apiecionków ten czas mieszkania przy ul. Świętojańskiej 27 był dobry, tu rozpoczął swoje ciekawe życie Czesław Apiecionek, znany warszawski i krakowski antykwariusz i księgarz. W willi mieszkali państwo Pawłowscy. Pan Pawłowski miał zakład zegarmistrzowski w rynku, potem jego syn miał zakład również zegarmistrzowski obok „krzyża”. Pani Stanisława wspomina też państwa Januszewskich.

Za domem był sad jabłoniowy, ludzie z okolic przychodzili na „dzierżawę”. Pani Lewandowska pozwalała dzieciom lokatorów rwać jabłka. Dla wszystkich wystarczało owoców. Jabłka były przechowywane zimą w dawnej wozowni dla bryczek i stajni dla koni. Na półkach stały skrzynki pełne pachnących owoców. W czasach, gdy pani Stanisława tam mieszkała (1954-1958), willa i domek nie były skanalizowane, wodę nabierało się ze studni, a w pobliżu domu był przybytek z wyciętymi w drzwiach serduszkami, do którego nawet król chodził piechotą. Tak naprawdę wówczas tysiące rodzin żyło w Piasecznie z takimi „wygodami”, toteż nikogo te warunki nie dziwiły. Lokatorzy byli życzliwi, pomagali Mery w gospodarowaniu posesją, grabili liście, naprawiali zepsute ogrodzenia itd.

Pani Zofia Goller wspomina późniejszych lokatorów źle. Były awantury, głośne wykrzykiwanie wulgaryzmów i wódka. Jeden z lokatorów powiesił się w ogrodzie na drzewie. Gdy w 2001 r. Zofia udzielała wywiadu red. Elżbiecie Knyziak-Nowalskiej do lokalnej gazety, Gollerowie mieszkali już samotnie. Najpierw pan Goller przeniósł się do wieczności, wspominany jako kulturalny pan, lubiący działać na rzecz miejscowej społeczności. Zofia bała się mieszkać samotnie, dzieci nie miała. Chodziły słuchy, że w willi straszy, że słychać w nocy kroki. Nawet psy bały się wejść do domu od strony salonu. Zainteresowała się tym policja, były patrole. Wówczas z fontanny zniknęła figura chłopca. Rzeźba cenna, wyjątkowo piękna.

Ostatni rok swojego życia Zofia, ostatnia z rodu tej linii Banasikowskich, spędziła w domu opieki w Tabicie. Pani Stanisława odwiedziła ją tam. Zofia poznała ją, miała wyjątkowo dobrą pamięć, powiedziała do Stasi: – A ty wiesz, że ja mam jeszcze tę czapeczkę, którą na szydełku zrobiła mi twoja mama? – Zofia nie lubiła chodzić z rozwianymi włosami. Zmarła w 2012 roku.

Serdeczne podziękowania dla Stanisławy Paśka, Grażyny Sierańskiej i Elżbiety Nowalskiej za pomoc w pisaniu opowieści o rodzinie Banasikowskich.