Przypadki z ulicy Nadarzyńskiej

Nie ma sąsiada, co sadził to drzewo
I nie ma sąsiadki, co plotła makatki
Zniknął ten stary, co chował dolary
W oczach niknie ten świat
L. Stadt

 

Są takie miejsca w mieście, na temat których snuje się tysiące opowieści i wydawałoby się, że pozostaną w historii miasta na wieki, a tymczasem czas jak fala morska docierająca do brzegu zaciera wszystko, co tam zbudowane. Pamiętam ulicę Nadarzyńską od lat 50. XX wieku, jeszcze sprzed wybudowania na rogu z ulicą Kościuszki olbrzymiego jak na koniec lat 50. XX w. bloku, w którym ulokowano wiele bardzo nowoczesnych, jak na owe czasy, sklepów, i wiele rodzin. Historia rodzin mieszkających w tym bloku, zwanym na początku jego istnienia „czerwoniakiem” z racji tego, że przez jakiś czas był nieotynkowany, a ponieważ budowano go z czerwonej cegły zyskał sobie taką nazwę, jest godna osobnej opowieści. Tymczasem opowiem o tych, którzy tu byli w czasach, które mało osób już pamięta. Ulica Nadarzyńska przed wojną była zasiedlona przez Polaków, Żydów i Niemców zwanych „kolonistami niemieckimi” (pod taką też nazwą figurują w parafii w aktach narodzin, śmierci i małżeństwa) i poprzez wielość kultur tu spotykanych zyskała sobie sławę interesującej dzielnicy. Czas przywołać tych, którzy tworzyli ten klimat. Opowieść o nich nazwę „przypadkiem” w rozumieniu tego słowa jako splot wydarzeń, dzięki którym można ich było wydobyć z niepamięci.
Przypadek Jana Stanisławskiego
Pierwsza opowieść trochę dla ostrzeżenia (na początek wakacji) przed dość zdradliwymi głębinami rzeki Jeziorki. W pewien słoneczny, upalny, majowy dzień 1935 roku dwóch mieszkańców ul. Nadarzyńskiej postanowiło wykąpać się w Jeziorce. Uczestnik kąpieli tak opisuje to, co się wydarzyło: „…natrafiłem na głębię, a nie umiejąc pływać, szybko zacząłem tonąć. Ze mną był mój kolega Piotr Kusza (Piaseczno, Nadarzyńska 4), który także nie umiał pływać. Ja tonąłem, a mój kolega począł rozpaczliwie krzyczeć. Wtem, niby spod ziemi, lub z nieba zjawił się Strzelec, który już prawie nieżywego i bez przytomności wydobył z mętnych nurtów rzeki i dał mi pierwszą pomoc do przywołania mnie do życia i przytomności. Ów pan Strzelec, jak się później dowiedziałem, nazywa się Sochański Józef, jest z oddziału „Strzelca” w Piasecznie. Nie znając adresu, postanowiliśmy złożyć publicznie serdeczne podziękowanie dzielnemu i szlachetnego serca panu Strzelcowi, który z narażeniem własnego życia wyrwał mnie ze szponów śmierci. Brawo, Panie Sochański, oddział Strzelca w Piasecznie może być dumny z Pana. Godnie Pan nosi jego mundur!”.
Przypadek Pawła Lenarda
Kamienica pod numerem 4, znana z istniejącego tu latami magla, miejsca zdobywania najświeższych wiadomości o mieszkańcach Piaseczna, a także w 1922 roku z Kasy Chorych, sklepu kolonialnego i przede wszystkim miejsca modlitwy piaseczyńskich Chasydów. Mieszkania zajmowali tu i Żydzi, i Polacy. Mieszkała tu na piętrze rodzina Lenardów, dwaj bracia Lenard zginęli w powstaniu warszawskim, ich ojciec był księgowym w młynie. Jeden z braci o imieniu Paweł w 1943 roku został wypchnięty z tramwaju jadącego ulicą Puławską. Został przewieziony do szpitala Maltańskiego z raną głowy. Znalazłam lakoniczną notatkę o tym wypadku w dzienniku „Nowy Kurier Warszawski”, gadzinówce wydawanej w czasie wojny. Szukałam informacji o braciach Lenard długo, interesowała mnie bardzo ich rodzina, mało na ich temat wiemy. Z notatki prasowej wynika, że Paweł był z zawodu elektromonterem, gdy uległ wypadkowi miał 23 lata. Rana głowy okazała się niegroźna. Następną informację o Pawle uzyskałam z dokumentów ekshumacyjnych spisanych w trakcie wydobywania ciał bohaterskich chłopaków, młodych żołnierzy AK, zdobywających wieżowiec potocznie nazwany PASTą, o który toczył się ciężki bój od 2 do 20 sierpnia 1944 roku. Z tego dokumentu możemy się dowiedzieć, że Paweł Lenard urodził się 27 lutego 1920 roku. Zginął 9 września 1944 roku.
Ciekawe jest też to, że zachował się dokument z 1933 roku opisujący szczegółowo posiadłość Icka Goldberga usytuowaną pod adresem Nadarzyńska 4. Kamienica od frontu została kilka lat temu rozebrana. Okazuje się, że jeszcze w 1933 roku należała do kilku właścicieli, do małżonków Bender, Dwojry Goldberg, w jednej połowie i Icka i Ryfki Goldberg w drugiej połowie. Nieruchomość ta składa się z działki o pow. 10 052 łokci kw. i znajdowały się tam następujące zabudowania: murowany dom mieszkalny, frontowy jednopiętrowy, z mieszkalnymi suterenami i piwnicami kryty papą, oficyna jednopiętrowa z 2 facjatami, murowana kryta papą, stajnia murowana kryta papą, stajnia drewniana kryta gontem, spichlerz drewniany, chlewek drewniany, ustęp drewniany.
Przypadek Izraela Moszka, czyli nieruchomość pod adresem Nadarzyńska 2
Jeśli ktoś się zastanawia, co było w miejscu, gdzie stoi dziś blok kiedyś zwany „czerwoniakiem” i zastanawia się, kto był właścicielem tej nieruchomości, spieszę wyjaśnić. Znam szczegółowy opis miejsca, o którym piszę. We wrześniu 1935 roku w Warszawie w gmachu sądu przy Placu Krasińskich 12 o godz. 10.00 odbyła się publiczna sprzedaż/licytacja nieruchomości należącej do Izraela Moszka Lejdermana, którą otrzymał w spadku po Josku i Marjem Rozenholc. Tak opisuje tę nieruchomość akt prawny: nieruchomość ta o nieokreślonej powierzchni graniczyła od wschodu z ulicą Kościuszki, od południa z ulicą Nadarzyńską, od zachodu z nieruchomością Icka Goldberga i od północy ze strumykiem przepływającym przez Piaseczno i składała się z placu zabudowanego z podwórzem oraz z ogrodzonego placu od ulicy Kościuszki 18 mieszczącego skład drewna opałowego, niewielkiego ogrodu warzywnego i łąki. Na nieruchomości znajdują się następujące zabudowania: dom mieszkalny parterowy murowany kryty blachą, papą i gontem, dom mieszkalny drewniany kryty gontem, w stanie zniszczonym, 2 komórki, kuczka z desek bez dachu, szopa z desek kryta papą, ustęp drewniany, śmietnik, dół po wapnie obłożony deskami, szopa drewniana oraz inne przynależności. Nieruchomość była obciążona długiem hipotecznym, kaucjami i ostrzeżenia na ogólną sumę 10 730 rubli, 1 695 m rk. 94 pf. i 5 499 zł 85 gr. Według relacji pana Jerzego Duszy Izrael Moszka miał tu restaurację i zatrudniał pianistę, muzyka z restauracji płynęła ulicą Nadarzyńską. I jak się dobrze wsłuchać, a noc będzie magiczna, bo księżycowa, to i teraz w taką noc można tę muzykę usłyszeć.