Przesłuchania 1946

909

W tym tekście chciałabym zwrócić uwagę na zeznania dwóch świadków przesłuchanych w 1946 roku. Materiały te pochodzą ze zbiorów Komitetu dla Upamiętnienia Polaków Ratujących Żydów, których cyfrowe kopie na mocy porozumienia z Instytutem Solidarności i Męstwa im. Witolda Pileckiego zostały pozyskane przez Instytut i są udostępniane zgodnie z ustawą z dnia 14 lipca 1983 r.

Zeznanie Zygmunta Tołtyżewskiego

10 września 1939 r. Rynek w Piasecznie i ul. Kościuszki po nocnej bitwie. fot: Maciej Pedryc, zdjęcie z kolekcji

Zeznania pana Zygmunta dotyczą wydarzeń pewnego tragicznego poranka w Piasecznie. Wymieniany tu dom dr. Antoniego Jaszczołta, znanego piaseczyńskiego lekarza zmarłego 23 lutego 1933 r. w wieku 73 lat, znajdował się tuż obok ogrodów parafii. W 1939 r. był własnością sukcesorów doktora. Oto zeznanie: „Piaseczno, 13 marca 1946 r. Sędzia M. Borzęcki przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka: Wiadomo mi, że 10 września 1939 roku około godziny szóstej – siódmej rano rejent, śp. Marian Ostrowski został zastrzelony w Piasecznie przez żołnierza niemieckiego w momencie, gdy po przesłuchaniu u komendanta niemieckiego w Piasecznie na rozkaz jego biegliśmy z powrotem do mieszkania dr. Jaszczołta. Rejent Ostrowski został trafiony w tył głowy i padł martwy na miejscu, na granicy ogrodu proboszcza w Piasecznie i posesji dr. Jaszczołta. Zwłoki Mariana Ostrowskiego zostały zakopane na miejscu, gdzie padł, a następnie w tym samym roku wykopane, zdaje się w listopadzie, i pochowane na miejscowym cmentarzu. Po zastrzeleniu rejenta Ostrowskiego ja osobiście biegłem dalej i wpadłem do domu dr. Jaszczołta razem z żołnierzami niemieckimi. W domu pytano mnie, kto strzelał z tego domu i że w domu tym powinna się znajdować broń. Zaznaczam, że zarówno mnie, jak i rejenta Ostrowskiego przed przesłuchaniem zabrano z domu sukc. dr. Jaszczołta na przesłuchanie do niemieckiego komendanta w Piasecznie. Po dostaniu się do domu dr. Jaszczołta żołnierze niemieccy zaczęli robić bardzo powierzchowną rewizję w poszukiwaniu broni. Nic nie znaleźli i potem wzięli mnie do pokoju służbowego, gdzie kazali mi osobiście wzniecić pożar. Sprzeciwiłem się temu. Wówczas jeden z żołnierzy zapalił zapałkę, siłą wziął mnie za prawą rękę… Udało mi się wyskoczyć z domu i wtedy znowu mnie złapali i kazali mi iść ze sobą na ul. Fabryczną w Piasecznie, gdzie podejrzewali, że z jednego z domu padły strzały. Dom dr. Jaszczołta spłonął doszczętnie. Było to 10 września 1939 r. o godzinie koło 7.00-7.30 rano. Aresztowanie nas i spalenie domu dr. Jaszczołta nastąpiło po ustaniu walki, gdy na ulicach miasta panował już spokój. Na ulicy Fabrycznej w mojej obecności zastrzelono jeszcze jednego obywatela nazwiskiem – zdaje mi się – Białobrodzki, spalono na jego posesji chlewy razem z żywym inwentarzem. Wszystko to odbyło się po zakończeniu walki jako represje przeciwko ludności cywilnej. Następnie zapędzono mnie na ul. Warszawską, gdzie było już zebranych sporo Żydów, i wszystkich nas wzięto do uprzątania trupów ludzkich i końskich. Przy przesłuchaniu rewidowano nas obu i zabrano nam gotówkę, mnie nie bardzo dużo, może około 300 zł, natomiast rejentowi Ostrowskiemu zabrano sporo pieniędzy i papiery wartościowe. Zastrzelenie rejenta Ostrowskiego i spalenie domu sukc. dr. Jaszczołta mogła widzieć jeszcze rodzina Zarębów z Piaseczna (ul. Puławska 18)”.

Zeznanie Marii Pomirowskiej

Niemiecki zbrodniarz wojenny, gubernator GG dystryktu warszawskiego Ludwig Fischer (pierwszy z lewej) z żołnierzami. Fot: NAC

Warszawa, 5 czerwca 1946 r. Sędzia śledcza Halina Wereńko, delegowana do Komisji Badania Zbrodni Niemieckich, przesłuchała Marię Pomirowską. Sprawa dotyczyła 15 futbolistów: „(…) cała Warszawa śmiała się z Fischera. 6 września 1942 roku syn mój, Ryszard Pomirowski (ur. 6 października 1921), korzystając z pięknej pogody, udał się wraz z kilkoma kolegami do Skolimowa, by spędzić niedzielę na świeżym powietrzu. Na polance w Skolimowie grali w piłkę nożną, przyłączyło się do tej zabawy kilku obcych chłopców, tak że było ich razem 15. Koło 12.00 na drodze, koło której bawili się, przejeżdżali jacyś cywilni jeźdźcy otoczeni gromadką psów. Byli to Fischer i Leist ze swymi adiutantami. Zatrzymali się przed grupką chłopców i Fischer zapytał ich po niemiecku, czy są Niemcami. Na przeczącą odpowiedź, wyciągnął z kieszeni rewolwer, inni zrobili to samo, zjawili się też, nie wiadomo skąd, jacyś ludzie z karabinami maszynowymi, otoczyli chłopców i wśród krzyków, poganiani i popychani, zostali skierowani do pobliskiej willi, niby to, by sprawdzić ich dokumenty, a tymczasem z polecenia Fischera zatelefonowano do Warszawy, do gestapo, po budy. Przez cały ten czas Fischer zachowywał się bardzo brutalnie, wymyślając ordynarnie przy każdej sposobności i bijąc chłopców szpicrutą. Po półgodzinie przyjechał samochód ciężarowy, zapakowano wszystkich i wywieziono na badanie w aleje Szucha. Żołnierze SA, którzy przyjechali z budą, w rozmowach z chłopcami wyrażali zdziwienie, że gubernator osobiście ich aresztował i że z taką upartą pewnością twierdzi, że odkrył spisek. » – Musieliście mieć chyba przy sobie broń – mówili – inaczej sam pan gubernator by się wami nie zajmował«. Fischer, widząc chłopców rozmawiających z żołnierzami, kilkakrotnie galopem podjeżdżał, wymyślając żołnierzom i grożąc chłopcom pistoletem. Leist przez cały czas zachowywał się spokojnie. Podczas badania gestapowcy wmawiali w chłopców, że należą do organizacji wojskowej i bito ich, chcąc wymusić zeznania. W czasie jednego z przesłuchań gestapowcy naśmiewali się między sobą z »podchorążówki Fischera«. Jeden z nich, zdenerwowany długim przesłuchaniem nie dającym wyników, rzekł dosłownie: » – Gubernator myśli, że jest co najmniej Napoleonem i że każdy dzieciak polski chce go zamordować. Sprowadzili nam tych smarkaczy (chłopcy byli w wieku od 15 do 20 lat) i każą z niczego robić polityczną sprawę«. Po dwu miesiącach, nie mogąc im nic dowieść, wypuszczono ich, ale kilkanaście godzin po zamachu na Kutscherę, gestapowcy byli u wszystkich z rewizją i, mimo że nic podejrzanego nie znaleźli, zaaresztowano ich, zabrano na Pawiak, znęcano się nad nimi, prowadzono śledztwo i wywieziono ich w nieznanym kierunku. Słuch o nich zaginął i dotąd rodziny nic o nich nie wiedzą”. Dalej pani Maria zeznała, że znała niektórych z tych biedaków: Stefana Łabęckiego, Leszka Piątkowskiego, Anatoliusza Janusza Zawadzkiego i Mirosława Zarębskiego. Do Mirosława gestapo przyszło w nocy 2 lutego 1944 r., „a nie zastawszy go w domu, wyrzucono jego matkę i babkę na schody, mieszkanie zapieczętowano, meble następnego dnia wywieziono, a w mieszkaniu osadzono Niemców. Mirosław Zarębski zginął na Mokotowie podczas powstania, a matka jego Michalina mieszka obecnie we Wrocławiu”.

Dziękuję Maciejowi Pedryc za udostępnienie cennych zdjęć z kolekcji do artykułu.