Pogrzeb w kaloszach, czyli o latach siedemdziesiątych

2328

Przedwiośnie zawsze będzie mi się kojarzyć z pogrzebem mojej mamy Krysi. Był rok 1970 zaczynało się nowe dziesięciolecie w PRL. Krysia wyszła z domu przy ul. Bema wczesnym rankiem i więcej do tego domu nie wróciła. Zmarła 7 marca 1970 roku jako młoda kobieta w warszawskim szpitalu przy ul. Chocimskiej. Msza żałobna odbyła się w kościele św. Anny w Piasecznie. Ciotki wystroiły mnie w jakieś czarne ubrania, na końcu okazało się, że nie mam czarnych butów zimowych i trzeba było coś z tym zrobić. Z pomocą przyszła sąsiadka pani Helena Śliwińska, przyniosła mi kalosze swojej córki Ali, porządne, czarne i do kolan. Po wyjściu z kościoła uczestnicy pogrzebu zdecydowali, że zaniosą moją mamę w trumnie na cmentarz przy ul. Julianowskiej „na ramionach”; jeszcze wszyscy w Piasecznie się znali ze szkoły, z pracy albo z sąsiedztwa. Kondukt pogrzebowy szedł od rynku, ul. Chyliczkowską aż do ul. Julianowskiej powoli, bo od czasu do czasu mężczyźni wymieniali się przy trumnie. Człapałam w tych kaloszach po rozmoczonym śniegu leżącym na szosie, czułam się jakbym uczestniczyła w czarno białym filmie Federico Felliniego. Myślałam wtedy, że mama byłaby oburzona, że ja w kaloszach na pogrzebie, jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że to już nie ma dla niej znaczenia. Tak zaczęło się moje dziesięciolecie lat 70. w Piasecznie. Gdy się skończy i nastąpi rok 1980, w podsumowaniu minionego dziesięciolecia okaże się, że zmieniło się tak wiele w obyczajach, jakby minęła nie dekada, ale cała długa epoka. Czy zmienił się wygląd Piaseczna? Stare miasto wyglądało coraz gorzej; nowe osiedla budowane bez fantazji i pomysły, bez drzew i skwerów, bez zaplanowanych parkingów tworzyły smutny obraz szarego i zaniedbanego miasta.

Rynek w Piasecznie lata 70. fot: tygodnik „Stolica”

Odległość od Piaseczna do Warszawy na początku lat 70. pokonywaliśmy wąską szosą ulicy Puławskiej, wzdłuż której biegły tory kolejki wąskotorowej. W połowie dekady rozpoczęto budowę nowoczesnej arterii, powstały szerokie dwie jednokierunkowe jezdnie z przewidzianą możliwością ruchu trolejbusów. Budowa nowej drogi do Warszawy zmiotła z powierzchni ziemi domy stojące blisko szos, zmieniając całkowicie krajobraz ul. Puławskiej. Burzono domy nie tylko te będące w obrębie planowanej drogi, ale też te w „drugiej strefie”, czyli domy szpecące swym wyglądem krajobraz; wyburzano głównie parterowe drewniaki. Mieszkańcy tychże domów, ku swojej radości, dostawali mieszkania w blokach np. przy ul. Wilanowskiej czy na Ursynowie. Jeśli drewniak zamieszkiwała rodzina składająca się z zamężnych dzieci i starszych rodziców bytujących na 60 m2, przydzielano im mieszkania osobne dla każdej rodziny. Nowoczesne, z łazienkami i widnymi już kuchniami. Dla wysiedlonych z obszaru ul. Puławskiej towarzysz Gierek dał preferencje. Kończyła się epoka ciemnych, gomułkowskich klitek. Mój kuzyn z Pyr, mieszkający tuż obok restauracji Baszta (najlepsza na świecie kaczka pieczona z jabłkami), na działce, gdzie królowały bzy i jaśminy, dostał na trzyosobową rodzinę, wygodne 3-pokojowe mieszkanie na 14. piętrze. Mieszkało się w tym lokalu jak w samolocie, za to był balkon, widok na całą stolicę, dwie łazienki, jedna z ubikacją, druga z wanną.

Tuż przed wjazdem do Piaseczna królowały Zakłady Lamp Oscyloskopowych Zelos produkujące miliony czarno-białych ekranów telewizyjnych. O ile jeszcze w latach 60. mało osób w mieście miało telewizor, to w latach 70. w większości rodzin był już centralnym przedmiotem w mieszkaniu. Latem, gdy we wszystkich mieszkaniach okna były otwarte na oścież, po mieście roznosił się charakterystyczny dźwięk czołówki Dziennika Telewizyjnego albo Tele Echa. W latach, o których piszę, obszar miasta gdzie stał Zelos i Lamina, nazywano jeszcze Iwiczną.

Ulica Puławska w roku 1978 fot: Jerzy Dusza

Od 1939 roku Piaseczno potroiło liczbę mieszkańców i w połowie lat 70. było nas ponad 22 tysięcy. Przemysł piaseczyński zatrudniał wówczas 6 tys. pracowników, a wkrótce później, gdy rozpoczęto budowę ogromnego na tamte czasy Zakładu Kineskopów Kolorowych, liczba ta miała wzrosnąć do 10 tys.

Wracając do moich kaloszy, zastanawiam się, dlaczego to był problem. Otóż był – trudno było kupić buty, a już buty na odpowiednią okazję były prawie nieosiągalne. Komuś znającemu przedwojenne Piaseczno przyjdzie do głowy, że w końcu przed wojną w każdym piaseczyńskim domu był szewc. Tygodnik „Stolica” w artykule o Piasecznie tak opisuje sytuację szewców w drugiej połowie lat 70.:

– Ilu jest teraz szewców w Piasecznie? – pyta dziennikarz szewca Władysława Dolińskiego, mającego zakład szewski w starej kamienicy przy ul. Sierakowskiego. Okazuje się, że są 4 zakłady prywatne i dwa spółdzielcze. Pan Doliński od 27 lat reperuje tu buty, to zna rynek, też nie jest już właścicielem firmy, nad wejściem do zakładu szyld Spółdzielni Inwalidów „Podstołeczna”. Pan Doliński miał swój zakład do 1953 roku, potem przeszedł pod skrzydła spółdzielni, dostał pensję, a w domu czasami dorobił. Można było zrobić buty na zamówienie, był taki szewc w Zalesiu Dolnym ale na takie buty trzeba było poczekać. Szewc brał miarę, potem były przymiarki jak u krawcowej.

Wydaje się, że żyliśmy wówczas na pograniczu epok, nowoczesność mieszała się ze starymi przyzwyczajeniami. Za chwilę pojawiły się kartki na cukier, limit alkoholu na wesele i chrzciny, a jednocześnie dalej trwały „mety” z wódką w co trzecim domu. Już wówczas mówiono, że ul. Puławska, mimo tak dużej rozbudowy, niedługo się zakorkuje, że pilnie potrzebna szybka kolej do Warszawy. Jeździliśmy w zatłoczonych pekaesach zwanych ogórkami, albo „niebieskimi”, ten cud techniki jechał spod apteki przy ul. Nadarzyńskiej do Dworca Mokotów 20 do 30 minut. Co dziś jest szybkością dość rekordową. Wielkie zakłady przemysłowe nie wpłynęły pozytywnie na rozwój architektoniczny i społeczny miasta, przybywało mieszkańców, dalej był problem ze szkołami i przedszkolami. Na 1275 dzieci od 3 do 6 lat przypadało 409 miejsc w 5 przedszkolach. W rezultacie przyjmowano 600 dzieci, powiększało to grupy przedszkolne do 40 i więcej dzieci. Z wodociągów korzystało 43% mieszkańców, głównie nowe osiedle, z gazu już tylko 18%. Można też przytoczyć kilka pozytywnych zjawisk z tego okresu, choć dla mnie to był raczej czas straconych nadziei na lepszy los Piaseczna. Było jednak w tych latach coś pięknego – ta nasza młodość pozwalająca cieszyć się z drobiazgów, jak na przykład samolot w jordanku – kto go pamięta, ten wie, o czym piszę.