Nauczyciele i uczniowie

Dzień Nauczyciela jest zawsze pretekstem do wspomnień. Ulatujemy myślami do lat dzieciństwa i przypominamy sobie tych, którzy mieli wielki wpływ na naszą przyszłość. Zastanawiamy się, jakie wartości nam przekazali i co w nas pozostało z ich nauk. W tym roku przypada 100. rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, więc na początku mojej opowieści sięgnę do wiadomości o czasach budowania oświaty w wolnym Piasecznie. Burmistrz miasta Wacław Kaun, farmaceuta po studiach w Uniwersytecie Warszawskim, wprowadza do miasta ład. Przed wojną, czyli przed 1914 r. istniały w Piasecznie dwie szkoły powszechne. Starania o dobre warunki w piaseczyńskich szkołach rozpoczęły się od pierwszych dni wolności. W czasach burmistrzów Kauna i Herba, czyli w latach 1918-1933, szkoły powszechne mieściły się w różnych częściach miasta. Przy ulicy Warszawskiej, przy ulicy Kniaziewicza i Świętojańskiej. Decyzją burmistrza Kauna i Rady Miasta, z kasy miejskiej wyłożona zostaje kwota złotych 26 723,30 zł i w marcu 1925 r. zostaje zakupiony od Reginy Neufeldowej grunt o wielkości 23 tys. łokci, z przeznaczeniem na szkołę. Zanim to nastąpi, na posesji przy ul. Świętojańskiej, w drewnianym budynku zostaje ulokowana siedmioklasowa szkoła powszechna, w miejscu zlikwidowanego szpitala miejskiego. Szpital zostaje zastąpiony ambulatorium z łóżkami dla pacjentów. Dyrektorem szkoły zostaje Józef Reszczyk. Takie są początki szkoły nr 1 przy ulicy Świętojańskiej. Przeglądam stare fotografie. Mam kilka zdjęć ze szkoły mojej mamy i ciotek. Pierwsza fotografia (nr 1), którą warto opisać, to zdjęcie profesorów i uczniów szkoły. Zdjęcie zrobione w 1933 r. przedstawia grono pedagogiczne i uczniów. Na zdjęciu z dyrektorem szkoły Józefem Reszczykiem, polonistka pani Zofia Wróblewska, polonistka pani Małgorzata Oleszkiewicz, nauczyciel chemii pan Wojewódzki, nauczyciel przyrody pan Romuald Voidt, nauczyciel łaciny pan Bronisław Skręt. W centralnej części fotografii siedzi ksiądz Wincenty Balul, prefekt szkół piaseczyńskich. Każda z wymienionych osób to historia piaseczyńskiego szkolnictwa. U stóp księdza Balula zasiada uśmiechnięty chłopiec. To Wojtek Hass. Mieszkał z rodzicami przy ulicy Zagrodowej w Piasecznie. Wojciech Hass, pseudonim „Bocian”, w wieku 22 lat zginie 2 sierpnia 1944 r.w Pęcicach, jako dowódca oddziału IV Obwodu „Grzymała” AK plutonu harcerskiego osłony sztabu Komendy Obwodu. To z biblioteki jego ojca nauczycielka pani Zofia Wróblewska dostanie tomik poezji Adama Mickiewicza, pierwsze wydanie wileńskie. Jest też wśród uczennic na zdjęciu późniejsza narzeczona Wojtka, Marysia Szymańska, sanitariuszka ranna pod Pęcicami. Po wojnie znakomita lekarka, pediatra w Piasecznie. W tle zdjęcia drewniany budynek szkoły. Ilekroć patrzę na tę fotografię, zadaję sobie pytanie – jakie były losy wojenne młodzieży przedstawionej na zdjęciu, wychowanej w duchu miłości do ojczyzny?

Drugie zdjęcie (nr 2) przedstawia kilka uczennic stojących na schodach budynku szkoły, a właściwie stopniach schodów jej drewnianej werandy. Dziewczynki z drugiej klasy. Znane piaseczyńskie nazwiska: Pela Rowińska, Krysia Szpernol, Poncyliusz i Drobniak – rok wojenny 1940. Nie wiem, jakie były losy wojenne tych dziewczynek, wiem, że jedna z nich zostanie moją mamą. Moja mama, ja i mój syn rozpoczynaliśmy edukację w tej samej szkole. Trzy pokolenia uczniów z jednej rodziny, to nie jest odosobniony przypadek w Piasecznie; są rodziny, w których już piąte pokolenie pobiera nauki w szkole przy ul. Świętojańskiej.

Po zakończeniu II wojny światowej kierownikiem szkoły zostaje pan Majcherowicz, który uczył muzyki, grał na skrzypcach i prowadził chór szkolny. Maria Samulska, moja pierwsza nauczycielka, niebywale obowiązkowa, wówczas starsza pani, wpajała nam zasady ortografii, nie wiedząc jeszcze, że w niektórych przypadkach to syzyfowa praca. Mieszkająca samotnie w domu państwa Wagnerów na rogu Żabiej i Kilińskiego, wdowa po przedwojennym rajcy miejskim w Piasecznie, często urządzała w swoim mieszkaniu próby dziecięco teatru. Bała się bakterii i po wyjściu dzieci przecierała spirytusem miejsca, które młodzi artyści dotknęli. Miłość do dziecięcych artystów była większa niż „fobia bakteryjna”.

Zapytałam Jacka Mrówczyńskiego, absolwenta szkoły przy ul. Świętojańskiej, co pamięta z czasów szkoły: „Miałem w szkole doskonałych nauczycieli. Pierwszym, którego dobrze zapamiętałem był pan Turowski, nauczyciel WF. Prowadził drużynę piłki ręcznej, która zdobywała pierwsze miejsca na skalę krajową. Próbował też ze mnie zrobić piłkarza ręcznego, co kiepsko wychodziło, bo byłem gruby, ciężki i za wolno biegałem. Ale w pewnym momencie odkrył, że mam „siłę w ręcach” i odtąd jedynym moim zadaniem w trakcie meczu było strzelanie na bramkę tak silnie, by bramkarz się wystraszył. Faktycznie tak było, że bramkarz z moją piłką wpadał do bramki. W końcu jednak zrobił ze mnie zapaśnika – waga ciężka. Chodziłem na treningi, z których często wracałem mocno poobijany i z podbitym okiem. Moja własna matka na ulicy wstydziła się do mnie przyznać. Któregoś razu Turowski kazał nam przygotować boisko do zawodów międzyszkolnych. Wybrał oczywiście mnie do łopaty. Wraz z Krzyśkiem Grabowskim mieliśmy wykopać starą deskę do skoku w dal i w trochę innym miejscu wkopać nową. Na małej głębokości łopaty zaskrzypiały nam na jakimś żelastwie. Myśląc, że to rura pobiegliśmy do Turowskiego, co z tym robić. Kazał nam to obkopać dookoła i żelastwo wydostać. Wykonaliśmy – to był to piękny pocisk artyleryjski dużego kalibru z miedzianymi pierścieniami uszczelniającymi z I wojny światowej. Gdy przyszedł Turowski, natychmiast nas przegonił, a kierownik Majcherowicz puścił całą szkołę do domu. My – schowani – z zainteresowaniem czekaliśmy na saperów. Saperzy przyjechali dopiero na drugi dzień, bez strachu wrzucili pocisk na samochód i odjechali. Kolejnym super nauczycielem dla mnie był pan Łukaszuk, uczący tego, co najbardziej mnie interesowało, czyli fizyki i chemii. Był on prawdziwym pasjonatem i „szaleńcem”. Często wraz ze Stefanem Sieklickim pomagaliśmy mu w przygotowaniu różnych doświadczeń i nieraz coś nam wybuchało. Zawsze znajdował dla mnie czas, gdy chciałem się coś nowego dowiedzieć. Nauczył mnie też rozwiązywać zadania z fizyki i chemii i to w niektórych dziedzinach wyżej sięgających niż program szkolny. Myślę, że miał duży wpływ na to, że poszedłem studiować chemię. Bardzo też ceniłem panią Szwainowską, plastycznie utalentowaną nauczycielkę, która nauczyła mnie rysować, co zostało mi do dziś”.