Miasto pana Henryka

786

To będzie opowieść o dzieciństwie w Piasecznie. Jest rok 1945, wojna jeszcze determinuje losy rodzin, jeszcze trwa w każdym człowieku, jeszcze zmusza do ważnych wyborów. Przed takim wyborem staje maszynista z kolejki grójeckiej Jan Pudełko. W czasie wojny został aresztowany i wywieziony do Niemiec do obozu w Magdeburgu. Niemieccy przedsiębiorcy szukali w obozie pracowników i Jan zgłosił się do pracy. Trafił do firmy budowlanej Niemca Müllera. Jan pozostawił w Polsce żonę i dwoje dzieci i jeszcze czworo dzieci z pierwszego małżeństwa. Ożenił się po raz drugi po śmierci pierwszej żony. Przed wojną dorabiał sobie w zawodzie kierowcy, był dyspozycyjny, woził aktorkę Mieczysławę Ćwiklińską do teatru i po zakupy. Łatwo zdobywał innych klientów, miał swój samochód. No bo jak go można było nie lubić? Bardzo przystojny, dowcipny i życzliwy ludziom, a jeszcze dobry kierowca, to miał powodzenie. Niemiec zatrudnił go na stanowisku kierowcy i był zadowolony z pracownika, w nagrodę za dobrą pracę pozwolił Janowi na sprowadzenie z Warszawy żony z dwojgiem najmłodszych dzieci. Z niewielkiego wynagrodzenia Jan utrzymywał rodzinę i małe mieszkanie. Rodzina powiększyła się bo w 1943 roku urodziła się Krysia, a 4 maja 1945 roku przyszedł na świat Henryk.

Wojna się kończy. Müller przekonuje Jana, aby został w Niemczech, uzasadnia to tym, że sowiecka nawałnica nic dobrego nie wróży dla Polski, a tu jest praca i mieszkanie. Jan nie daje się przekonać, chce mieszkać w swojej ojczyźnie. Przyjeżdża do Piaseczna i początkowo mieszka na stacji kolejki wąskotorowej, wraca do pracy na „na kolejce” i pracuje jako maszynista. Mieszkanie w budynku dworca jest tymczasowe, trzeba znaleźć inne. Jan szuka mieszkania, odszukuje też ludzi, którzy przekazują mu informacje o jego matce, niestety złe. Twierdzą, że zmarła z tęsknoty i troski o syna. Rodzina Pudełków znajduje mieszkanie przy ul. Czajewicza, obok Sądu Grodzkiego. Tu przychodzi na świat jeszcze jeden syn państwa Pudełko, Mieczysław. Miecio jest ruchliwym dzieckiem, wszędzie go pełno. W czasie zabawy na podwórku zauważa przewód uziemienia, wychodzący z okna jego mieszkania, łapie go w rączki i zostaje śmiertelnie porażony prądem. Tragedia jest powodem szybkiego wyprowadzenia się rodziny z domu przy ul. Czajewicza.

Mieszkanie z adresem Rynek 5

Sąd Grodzki i drewniany dom przy ul. Czajewicza, w którym zdarzyła się tragedia fot: Jacek Mrówczyński

Kwadratowy, obszerny i wybrukowany plac rynku i park w Chyliczkach to był raj dla dzieciaków, którego dopełnienie stanowiła pobliska plaża nad Jeziorką, rzeką z urokliwym wodospadem, wodą pełną ryb. A zimą ślizgawka na Balatonie, czyli stawie w parku. No i co ważne – było z kim się bawić. W zagęszczonych ponad normę mieszkaniach było dużo dzieci w różnym wieku. Pomysłów na zabawy miliony, od rana do nocy. Świat był ciekawy i bezpieczny, a rodzice zajęci swoimi sprawami. No to wiadomo – „hulaj dusza, piekła nie ma”. Wszystko było ciekawe. Były też obowiązki; trzeba było przynieść wodę ze studni, z tej pompy przy kamienicy nr 5 lub pobiec z wiadrami aż pod kościół. Bo wówczas były dwie pompy na rynku.

Jan znalazł dla rodziny mieszkanie w domu pani Zofii Poncyliusz. Był to niewielki domek, do którego od strony rynku wchodziło się bramą w kamienicy Rynek 5, trzeba było minąć piętrową oficynę po prawej stronie, a na końcu tych zabudowań stał drewniany dom. Do mieszkań wchodziło się z sieni. Pod numerem 5 mieszkał też wozak Zalewski. Pan Zalewski posiadał konia z wozem i woził mąkę do piekarni pana Okrasy. Magazyn z mąką był w synagodze, tej tuż obok mykwy. Przedwojenna bożnica żydowska została zamieniona na magazyn i mieszkania kwaterunkowe. Magazyn był na parterze. Pan Zalewski ładował na wóz worki z mąką, oczywiście ponad miarę, i wiózł ją do piekarni na ul. Kościuszki vis a vis ul. Żabiej, a że było pod górkę to koń nie chciał ciągnąć. Wtedy pan Zalewski poił go i wołał: „Mucek, Mucek pij wodę, woda mocna i silna, woda młyny i turbiny porusza, pomóżcie ludzie, aby wyjść z dołka, pod górkę sam pójdzie”. I wówczas kto żyw biegł i pchał wóz z mąką aż do samej piekarni. A obok piekarni, w kamienicy u Regnerów, był mały bar „Wisienka” i można było napić się oranżady. W synagodze mieszkała pani G., co handlowała wódką, o każdej porze dnia i nocy można było u niej kupić flaszkę wódki. Całe miasto o tym wiedziało, z milicją włącznie. Był to dobry biznes, ale lekko nielegalny. Pani G. miała konkurencję w osobie sąsiadki, pani S. Obie panie budziły zainteresowanie chłopaków, bo z tej nielegalności pani S. wymyśliła skrytkę na alkohol, żeby w razie rewizji nie mieć butelek w domu. Schowkiem był zakopany w dole kocioł z pokrywką, zamaskowany liśćmi lub śniegiem. No i naiwnie pani S. sądziła, że nikt go nie zauważy. Chłopaki z podwórka od razu wytropili ten schowek i wódka zniknęła. Flaszki były wówczas dobrym towarem wymiennym na inne dobra mało osiągalne. Bo jeśli chodzi o złodziejstwo, to nie było go w okolicy. Można było zostawić mieszkanie otwarte i nikt nie wszedł. Mieszkańcy w tym dużym skupisku ludzi żyli zgodnie, pomagali sobie nawzajem, obdarzali szacunkiem.

Dzieci w parku w Chyliczkach. Od lewej: Zygmunt Rychter, Marek Szymański, Krysia Pudełko, Henio Pudełko, mały chłopiec nn. Fot: ze zbiorów rodzinnych Henryka Pudełko

Raz tylko zdarzyła się duża kradzież. Otóż w domu pani Chruscińskiej była restauracja, wchodziło się do niej przez wahadłowe drzwi, tak jak do saloonu w westernach na Dzikim Zachodzie. Był tu magazyn z alkoholem. Pewnej nocy zostały wyniesione wszystkie skrzynki z wódką i kamień w wodę. Ale to był prawdziwy, bandycki napad. Dom pani Chruścińskiej, taka chatka na kurzej stopce, przylegała do kamienicy pod numerem 5. Były też i inne zdarzenia, które wstrząsały od czasu do czasu sąsiadami. Otóż kamienica nr 5 ma kilka kondygnacji, ostatnia to użytkowe poddasze, pokój z balkonem i widokiem na rynek. I w tym mieszkaniu mieszkało małżeństwo z synkiem. Ona, żona i matka była kasjerką, piękną kobietą, a mąż był zazdrośnikiem. I pewnego dnia wziął siekierę i ją zarąbał, tak z premedytacją. Oczywiście dostał za to wyrok dożywocia. To był czas, w którym nikt nie rozważał aspektów psychologicznych takich poczynań, też nikt nie słyszał o przemocy domowej, ani o telefonie zaufania. W ogóle telefonów nie było.

Na rynek jesienią przyjeżdżali wozami sadownicy z okolic Grójca ze skrzyniami pełnymi jabłek, robili tu popas w drodze do Warszawy i dalej. Poili konie przy studniach, poprawiali popręgi i dawali koniom obrok w workach. Sprawdzali ilość nafty w lampach, bo był obowiązek oświetlania furmanek i instalowania tabliczek z adresem gospodarza na furmance. To był czas robienia psot. Raz jeden ze starszych chłopaków pożyczył czapkę od mieszkającego w kamienicy strażnika więziennego i udawał kontrolera, wypisywał mandaty.