Kolej wilanowska a sprawa płotu poety

Będzie to opowieść o tym, jak pewien geniusz i poeta walczył z kolejką wilanowską, panem naczelnikiem i urzędnikami, a wszystko to w Piasecznie i Chyliczkach.

Tuż przed pierwszą wojną światową, na terenie Chyliczek w gminie Nowa Iwiczna, miał miejsce spór, którego szczegóły opisywane były na łamach kilku czasopism warszawskich. Czasopismo „Świat” poświęciło sprawie szczególnie dużo miejsca, ilustrując tekst wieloma zdjęciami ukazującymi problem. Bohaterem ten prasowej wrzawy stał się znany krytyk literacki, eseista, poeta, tłumacz literatury europejskiej i publicysta Zenon Franciszek Przesmycki (1861-1944), posługujący się pseudonimem literackim „Miriam”. W chwili sporu, czyli mniej więcej w 1911 r., Miriam miał na koncie oszałamiający dorobek literacki i publikacje na temat innego wielkiego poety, którego genialne dzieło życia – poezja, mogłaby nigdy nie ujrzeć światła literackiego gdyby nie genialny Przesmycki. Trudno sobie wyobrazić, że poemat „Fortepian Chopina” nie istniałby w antologiach poezji polskiej. Cofnijmy się o kilkanaście lat. Rok 1897 był w życiu Przesmyckiego przełomowy, bo właśnie wtedy odkrył całkowicie zapomnianego poetę polskiego: Cypriana Kamila Norwida. Do końca swojego życia będzie poszukiwał rozproszonych po świecie utworów poety. W 1900 r. wychodzi ostatni numer „Życia” Przybyszewskiego i Wyspiańskiego, w którym Miriam pracuje jako kierownik artystyczny i będzie zmierzał do wydania pierwszego numeru luksusowego czasopisma „Chimera”. Tak o tym pisze Stanisław Piotr Kaczorowski: „Od 1901 do 1907 r. wyszło 30 zeszytów, czyli 2 i pół roczniki »Chimery«; zawierają one utwory najznakomitszych współczesnych poetów, prozaików, eseistów i tłumaczy polskich; wiele nazwisk, później opromienionych blaskiem wybitnego talentu, ukazało się tam w druku po raz pierwszy; arcydzieła dziesiątków poetów i prozaików europejskich po raz pierwszy dotarły tam do publiczności polskiej we wzorowych przekładach. Plansze osobne, inicjały, winiety, przerywniki i zakończenia, komponowane dla każdego utworu z osobna, uczyniły z »Chimery« prawdziwy klejnot typograficzny. Miriam był tam samodzierżcą: dobory tekstów, układ wewnętrzny i drukarski, dobór ozdób i tablic, wszystko było dziełem Miriama, owocem jego olbrzymiej pracy, tym bardziej, że pracowników drukarni (S. Orgelbranda Synów) musiał sam uczyć tajników sztuki drukarskiej niemal od abecadła. Sam zresztą był jednym z najcenniejszych współpracowników »Chimery«”.

W 1905 r. Zenon Przesmycki ożenił się z właścicielką znanego warszawskiego gimnazjum żeńskiego, Anielą Hoene. Małżeństwo to, wielce udane, bezdzietne, przetrwa wszystkie zawieruchy życiowe obojga. Mieszkali w Warszawie i postanowili oboje poszukać spokojnego miejsca do wypoczynku i do realizacji jeszcze jednej pasji Przesmyckiego, czyli ogrodnictwa. Zakupują ziemię w Chyliczkach pod Piasecznem na granicy ze Skolimowem, gdzie właśnie powstaje luksusowe letnisko, a w Chyliczkach święci sukcesy znakomita szkoła hrabianki Plater–Zyberk. I może żyliby tam długo i spokojnie gdyby nie plany kolejki wilanowskiej. W czasopiśmie „Świat” historia Miriama zostanie opisana ze swadą i tekst wart jest cytatu:

„Miriam, wykwintny poeta, mąż inicjatywy i czynu, człowiek, któremu przez lat dziesięć udawało się realizować »Chimerę«, powziął przed kilku laty ideę osiedlenia się pod Piasecznem. Możecie mu jej winszować, ale strzeżcie się jej zazdrościć. Miriam się napatrzył w długim pobycie swoim za granicą różnych eleganckich ogrodów, jakie tworzą sobie francuscy, belgijscy i angielscy pisarze i artyści– i zabrał się do stworzenia sobie podobnej „Samotni”. Niestety pod Piasecznem. Zaczął więc dogadzać mazowieckiemu piaseczkowi, jakby to była piękna kobieta, na względach której poecie by zależało na równi ze szczęściem. Sprowadzał gruszki z Normandyi, róże spod Lyonu, jabłka z Ameryki, maliny z Anglii. Hodował, ochraniał, podlewał, przycinał. Aż i uczynił „Samotnię” swoją tak wykwintnym schroniskiem, że budziło ono podziw okolicznych mieszkańców. I gdy kwiaty się zabarwiły w „Samotni”, ludzie stawali zdziwieni, myśląc, że to kawałek Francyi spadł pod Piaseczno. A gdy owoce zawisły na gałęziach drzew, zachwyt różnych sąsiadów Miriama dochodził do takiego entuzjazmu, iż zabierali sobie nieraz na pamiątkę gruszki i jabłka, i to z całymi gałęziami. A Miriam zwykle dopiero w parę godzin po tym akcie uznania, przy rannej przechadzce po ogrodzie, konstatował, jakim jego pomologiczne studya cieszą się powodzeniem. Miał jednak nasz kolega jednego złego sąsiada, ale to prawdziwie złego. Tym była kolejka wilanowska. Ponieważ, tej kolejce potrzebnym było trochę „Samotni” Miriama na rozszerzenie linii i budowę kanału, udała się ona o pomoc do władz administracji, uważając, iż najkrótsze drogi są najlepsze – czego dyrektorom tej szacownej instytucji pochwalić nie można, albowiem drogi okólne, jako stosujące taryfę przez czas dłuższy, są bezwarunkowo dochodniejsze. I stało się, że pewnego razu pan naczelnik powiatu warszawskiego każe Miriamowi odsunąć płot „Samotni” trochę w głąb, żeby kolejce było wygodniej. Miriam woła: A prawo własności?! (Co za wstrętny burżuj?! A redagował »Chimerę« i to przez lat dziesięć! P. naczelnik więc podaje Miriama do sądu, jego i sąsiadów. Sąd przyznaje rację sąsiadom, nie panu naczelnikowi. Idzie apelacja. Zjazd „mirowy” mówi to samo, co wyrzekł sędzia gminny w Piasecznie. Ale krótką ma radość. Ten sam p. naczelnik powiatu warszawskiego, przegrawszy sprawę o drogę w dwóch instancjach sądowych, nagle spostrzegł… że sprawy drogowe nie należą do sądu. Nowy papier. Nowe żądanie. Nowy termin. Miriam musi usunąć swój płot z gruntu, potrzebnego koniecznie kolejce wilanowskiej, a gdyby tego nie chciał posłuchać, ma apelować w ciągu miesiąca do urzędu gubernialnego. Miriam, trwając w swoich obrzydliwych burżuazyjnych uczuciach własności, powiada sobie: – Apeluję! Ale zanim mógł tego dokonać, spada nań katastrofa, która dopiero wykazała mu cały nierozum sprowadzania pod Piaseczno róż z Lyonu, malin z Anglii. Jeszcze było dwadzieścia cztery dni do upływu terminu apelacyjnego, gdy ogrodnik donosi Miriamowi wesołą nowinę: Proszę pana, nasz płot rozbierają. Miriam groźnie pyta: – Kto? – Wójt. – Sam? – Z kolejowymi robotnikami”. CDN.