Katastrofa przez oszczędność cz. II

196

Czytaj część I

Jeszcze 19 lipca 1939 r. z pierwszych stron gazet nadal nie schodził temat katastrofy kolejki wilanowskiej pod Powsinem. Zderzenie dwóch pociągów uświadomiło wszystkim, jak bardzo funkcjonujący od 1934 r. system oszczędnościowy był powodem zaniedbań i katastrofy. ministerstwo komunikacji podjęło decyzję o likwidacji z dniem 1 października 1939 roku kolejki wilanowskiej i wprowadzenia na jej miejsce autobusów PKP. Powodem tej decyzji był brak porozumienia między zarządem Towarzystwa Warszawskich Kolejek Dojazdowych a ministerstwem. Postawiono WKD ultimatum: albo natychmiastowa modernizacja linii, albo koniec. Wybuch wojny zweryfikował plany ministerstwa komunikacji. Tymczasem w lipcu 1939 r. zbadano również stan kolejki grójeckiej i oto, czego możemy się dowiedzieć z dziennikarskiego raportu. Tekst opublikowany w „Dobry Wieczór – Kurier Czerwony” w 1939 r. opisuje stan niektórych stacji na trasie Warszawa – Góra Kalwaria i jest tak ciekawy, że postanowiłam przytoczyć go w całości, z drobnymi tylko modyfikacjami:

Stacja Grabów-Imielin znajduje się w odległości 4 kilometrów od Warszawy. Budynku stacyjnego nie ma. Publiczność w razie deszczu korzysta z restauracji pani Maliszewskiej. Oświetlenie całej stacji to lampa wisząca przed restauracją. Do 1934 r. była tu kasa w budce. Ze względów oszczędnościowych zlikwidowano ją. Bilety kupuje się w pociągu. Personelu na stacji nie widać.

Pyry – ważna stacja o dużym ruchu pasażerskim, zwłaszcza w dni przedświąteczne i święta. Budynek stacyjny jest własnością pana Kisielińskiego. Po raz pierwszy od Warszawy spotykamy tu kasę i telefon. Obowiązki kasjerki pełni pani Janina Słucka, która nie ma stałej pensji, lecz otrzymuje półtora grosza od każdego sprzedanego biletu. Zarabia przeciętnie około 100 zł. miesięcznie. Jest to zresztą raj kobiet. Przed stacją znajduje się przejazd, zabezpieczony zaporą. Dróżnikiem jest tu kobieta, pani Kucharska. Pracuje bez zmiany 24 godziny na dobę. Nie ma dni wolnych. Wynagrodzenie jej wynosi 60 zł miesięcznie. Oświetleniem, sygnałami i utrzymaniem porządku na stacji zajmuje się również kobieta, mieszkanka Dąbrówki pani Stefania Kacperska. Zarabia 20 zł miesięcznie.

Dąbrówka – stacja mieści się w budynku murowanym. Ma telefon, ale kasy nie ma. Bilety kupuje się w pociągu. Funkcje zawiadowcy stacji, kierownika ruchu, zwrotniczego i dozorcy pełni pan Kacperski. Jest to pierwszy męski pracownik kolejki, którego spotykamy na linii grójeckiej od Warszawy. Oprócz licznych funkcji, spełnianych na stacji w Dąbrówce, pan Kacperski ma nadzór nad Pyrami, gdzie musi sprawdzać weksle automatyczne. Zarabia 105 zł.

Mysiadło – budkę stacyjną wybudował właściciel pobliskiego majątku pan Alzeli. Jego kosztem również budka jest oświetlona. Kolejka dała tylko blaszaną śmietniczkę. Kasy i personelu nie ma. Iwiczna – w miniaturowej poczekalni jest telefon, ale kasy brak. Bilety kupuje się w pociągu. Dwóch szlabanów na przejeździe pilnuje pani Zduńczykowa. Pracuje 12 godzin na dobę. Zarabia 60 zł miesięcznie. Innego personelu na stacji nie ma. Zamieszkały tu mąż pani Zduńczykowej, oficjalnie pełni funkcje drogowego, w praktyce jednak obowiązany jest czuwać nad stanem i remontować wszystkie mijanki automatyczne, a często wysyłany jest na remonty mijanek na kolejkach Wilanowskiej i Jabłonowskiej. Za odpowiedzialną pracę dostaje około 144 zł miesięcznie. Od 20 lat czeka na etat.

Piaseczno – węzłowa stacja, najważniejsza na linii. Ma budynek stacyjny murowany. Ma trzech kierowników ruchu, pracujących na zmianę. Kasjerką jest pani Chodakowska. Do 1934 r. posiadała stałą pensję. Później ze względów oszczędnościowych zamieniono jej pensję na wynagrodzenie „od sztuki” czyli 1,5% od biletu, wynagrodzenie to wynosiło 3 razy tyle, co poprzednia pensja, przywrócono jej stałą pensję wynoszącą 230 zł. Przy wyjeździe z Piaseczna trafiamy na 3 szlabany. Obsługuje je pani Pielakowa. Za 18-godzinny dzień pracy otrzymuje 60 zł miesięcznie.

Żabieniec – mijanka. W dni powszednie mijanka jest nieczynna, w święta natomiast pociągi krzyżują się bardzo często. Personelu kolejowego nie ma. Oświetleniem i utrzymaniem porządku na stacji zajmuje się pan Strzeciński. Otrzymuje 20 zł na miesiąc.

Stefanów – budynek stacji stary. Kasy i personelu nie ma. Utrzymaniem porządku i oświetleniem zajmuje się pani Zalewska za 8 zł miesięcznie.

Chojnów – mijanka, śmietnik i lampa naftowa. Telefon w sklepiku u pani Wągrodzkiej. Zapala światło mąż pani Wągrodzkiej i otrzymuje za to 8 zł 50 gr miesięcznie. W dni świąteczne i przedświąteczne, w czasie nasilenia ruchu, do Chojnowa przyjeżdża z Baniochy zwrotniczy, który obsługuje obie stacje jednocześnie. Drogę z Baniochy do Chojnowa i z powrotem odbywa wtedy 7 razy w ciągu dnia.

Baniocha jest stacją o dużym ruchu pasażerskim i towarowym. W okolicy znajdują się cegielnie, które wysyłają cegłę do Warszawy. Budynek stacyjny jest murowany, ale kasa została zlikwidowana. Mijanki w Baniosze i odległym o 3 km Chojnowie obsługuje p. Józef Mazarz. Pracuje od 40 lat. Zarabia 215 zł.

Domanówek – stacja na żądanie. Personelu nie ma. Jest tu blaszana śmietniczka i lampa. Oświetleniem zajmuje się pani Janina Lewaszkiewiczówna. Nie otrzymuje żadnego wynagrodzenia, jedynie bilet ulgowy, do którego dopłaca 5 zł.

Kąty – ostatnia stacja przed Górą Kalwarią. Budynek stacyjny wybudował własnym kosztem pan Małecki, który do 1934 r. był w Kątach kasjerem kolejki. Gdy kasę zlikwidowano, a kolejka za dzierżawę budynku nie zapłaciła, pan Małecki budynek zamknął na kłódkę. Zarząd kolejki wcale się tym nie przejął. Dopiero pan Małecki, widząc dzieci czekające na pociąg na deszczu i mrozie, zlitował się nad nimi i budynek otworzył. Odtąd wszyscy pasażerowie korzystają z budynku, choć kolejka panu Małeckiemu za wynajem nie płaci ani grosza. Na szeregu stacji kolejki grójeckiej telefony znajdują się w pobliskich sklepikach. Tam też kierowane są dyspozycje z Warszawy dla kierowników pociągów. Często jednak zdarza się, iż sklepik jest zamknięty, właściciela nie ma, a wówczas wszelka „łączność” jest przerwana. Kierownicy pociągów, nie mogąc się w takich wypadkach dostać do telefonu i porozumieć się z następnym punktem, wyjeżdżają ze stacji pod strachem, obawiając się w każdej chwili katastrofy.

Warszawskie kolejki dojazdowe przewiozły w 1938 roku przeszło 12 milionów pasażerów i 360 800 ton towarów. Cyfry te wskazują, iż kolejkom nie powodziło się źle.