Kamienica przy pl. Piłsudskiego 4

1332

Historia napisania tego tekstu zaczyna się od zdjęcia opublikowanego w wydaniu nr 122 Przeglądu Piaseczyńskiego. Właścicielką zdjęcia jest pani Jadwiga Słowińska. Na zdjęciu tym (z końca lat 40.) z dyrektorką piaseczyńskiego liceum panią Zofią Żeglińską jest uwiecznionych dwoje uczniów – Jagoda i Zygmunt. To zdjęcie „poszło w świat” i po pewnym czasie otrzymałam szczególnie miły list od syna pana Zygmunta Kopki, Dariusza. Oto fragment listu: „…Nie jestem mieszkańcem Piaseczna. Wyprowadziliśmy się w 1967 roku, ale pierwszą klasę szkoły podstawowej skończyłem na Chyliczkowskiej. O artykule dowiedziałem się od rodziny, która mieszka w Piasecznie. Od nich otrzymałem również egzemplarz gazety. Do maila załączyłem kilka skanów z rodzinnych pamiątek. Odziedziczyłem po dziadku teczkę z różnymi dokumentami. Może kiedyś się przydadzą. Przy okazji kilka słów z historii moich przodków. Mój dziadek Jan pochodził ze wsi Kiełbaska (dziś Julianów k. Czachówka), a babcia ze wsi Grochowa. Dziadek miał najpierw stolarnię w Piasecznie a później sklep przy stacji kolejki wąskotorowej. Za oszczędności rodzinne , kupił wraz z polskim Żydem kamienicę przy placu Piłsudskiego nr 4… Kupił ją na spółkę za 29 tys. złotych od państwa Wasiewiczów, płacąc udział 10 tysięcy. Drugie 10 tysięcy zapłacił Hersz Zonenszajn… Pozostała kwota to kredyt, jakim była obciążona kamienica.”

Dokumenty

Akt kupna sprzedaży kamienicy przy pl. Piłsudskiego. Fot. ze zbiorów rodziny Dariusza Kopki

Okazało się, że zachowane przez rodzinę dokumenty Jana Kopki to kopalnia wiadomości o mieście. To świadectwo obyczajów, sposobu zarządzania miastem, a nawet informacji o rzemieślnikach i kupcach pracujących przed II wojną światową w podwarszawskim miasteczku, w jego sercu, czyli na rynku. Mam przed sobą dwa dokumenty dotyczące kupna kamienicy przy pl. Piłsudskiego 4. Na jednym widnieją oryginalne podpisy sprzedających nieruchomość, czyli Natalii i Jana Wasiewiczów. Rzecz się dzieje przed notariuszem Marianem Olszewskim i sprzedający składają zobowiązanie do uporządkowania spraw posesji i odsprzedają nieruchomość. Drugi dokument to odręcznie pisane pokwitowanie dotyczące pośrednictwa w sprzedaży nieruchomości od Chrisa Zylberlszlajna. Pośrednik odebrał swoją prowizję wynoszącą 275 zł od panów Kopki i Zonenszajna po spisaniu 29 grudnia 1938 roku aktu notarialnego. 80 lat temu dwóch wspólników, Polak i Żyd, zakupili charakterystyczny budynek w pierzei wschodniej rynku. Hersz Zonenszajn zamieszka w tym budynku i otworzy sklep z rowerami i radiami. Niestety tylko na kilka miesięcy, bo od zachodu przyjdą zbrodniarze, którzy zmienią tok wydarzeń. Strzałem w tył głowy zamordują notariusza Mariana Olszewskiego, każą go zakopać w miejscu morderstwa, spalą jego dom, stworzą getto w mieście i tam umieszczą Hersza Zonenszajna i jego rodzinę, potem wywiozą ich do getta w Warszawie i w końcu zamordują. W domu notariusza Olszewskiego spłonie archiwum o wielkiej dla Piaseczna wartości. Dlatego cieszy dziś każdy odnaleziony dokument z tamtych czasów, każdy rachunek, bo z nich dowiadujemy się np. kto w mieście był notariuszem, kto właścicielem nieruchomości, kto prowadził usługi kominiarskie, a kto sklep z farbami. A tego rodzaju „kwity” mają dla historyka ogromną wartość.

Hersz Zonenszajn i jego radia

Radioodbiornik Philipsa fot: zbiory ms

Wyobrażam sobie, jak o poranku Hersz otwiera swój sklep przy rynku w Piasecznie i staje przed nim, aby zachęcić mieszkańców do zakupu np. radia marki Philips. Moje poszukiwania informacji o tym piaseczyńskim sprzedawcy dały dość ciekawy rezultat. Otóż okazuje się, że Hersz albo jego przodek, może ojciec, już w latach 20. byli przedstawicielami znanej krakowskiej firmy. Były to Zakłady Przemysłowo-Handlowe „Tęcza”, założone w 1927 roku w Krakowie przy ulicy Czarnowiejskiej 72 i produkowały baterie anodowe Ammon. W połowie lat 30. zatrudniano tam 123 osoby. W fabryce produkowano przede wszystkim baterie do latarek oraz anodowe. Do czego służyły baterie anodowe? W „Historii polskiego radia” czytamy uzasadnienie popytu w/w baterii: „W latach dwudziestych XX wieku infrastruktura miejska była jeszcze słabo zelektryfikowana. Po części z tego powodu, jak również z powodu barier technologicznych, producenci odbiorników radiowych konstruowali radia zasilane z baterii anodowej dostawianej do instalacji odbiornika. Tak zasilane odbiorniki radiowe były powszechnie oferowane przez firmy do początków lat 30. Dopiero od około 1932 roku w ofercie firm zaczynają przeważać aparaty zasilane z sieci prądu zmiennego”. Nasz piaseczyński sprzedawca Hersz Zonenszajn jest wymieniany w ogłoszeniach prasowych jako przedstawiciel zakładów „Tęcza”. Z chwilą, gdy interes z bateriami anodowymi w miarę rozwoju elektryfikacji kraju przestaje być opłacalny, Hersz postanawia przerzucić się na handel radiami zasilanymi prądem zmiennym i otworzyć sklep w Piasecznie. Skąd były odbiorniki radiowe sprzedawane w sklepach? Część odbiorników pochodziła z importu, w Warszawie powstały też produkujące radia filie zagranicznych koncernów – Philipsa, Telefunkena i Marconiego. Działali też krajowi wytwórcy – m.in. Capello, Kenotron, Deblessefon, Natawis czy PWŁ (Państwowa Wytwórnia Łączności). Najpopularniejszym producentem był wileński Elektrit, którego odbiorniki miały wyszukaną luksusową formę i nierzadko nowoczesne rozwiązania techniczne, np. programator stacji. Radio Philipsa było u mnie w domu jeszcze do końca lat 50. Mój Dziadek Staś kupił je w sklepie przy rynku. W czasie wojny, już w październiku 1939 roku, gdy trzeba było oddać radio pod karą śmierci, nasze radio było schowane w skrytce pod podłogą obok kaflowego pieca. Skrytka istniała jeszcze długo po wojnie i zawsze budziła we mnie dreszcz emocji.

Jan Kopka. Fot: zbiory rodziny Dariusza Kopki

Hersza w getcie w Warszawie odwiedzał przez jakiś czas Jan Kopka, przywoził mu dokumenty, ciągle obaj nie wierzyli w nieuchronność tego, co miało się stać.

Z piaseczyńskimi Żydami i kamienicą nr 4 wiąże się też następująca historia: Z jakiegoś powodu na piaseczyńskim rynku Niemcy gromadzili grupę Żydów z Piaseczna . „Poproszono” pana Kopkę o to, aby pracujący mogli korzystać z ubikacji w podwórku domu. Przechodzili przez bramę, wchodzili ze strażnikiem na teren podwórka i tu odbywał się proceder. Strażnik dostawał pieniądze lub biżuterię i udawał, że nie widzi uciekającego w stronę parku chyliczkowskiego nieszczęśnika.

CDN