Epidemia w wilanowskich lasach

425

W połowie XIX wieku Lasy Chojnowskie należały do Potockich z Wilanowa i tętniły życiem. Był to czas dużego zapotrzebowania na drewno budowlane i opałowe; jeszcze wówczas mało palono węglem kamiennym, a budownictwo w dużej mierze opierało się na drewnie, trudniono się wyrębem drzew i nasadzaniem nowych. Tu ciekawostka: drzewa wycinano po osiągnięciu przez nie 120 lat i tak był zagospodarowany ich wyrąb. W miarę wzrostu zapotrzebowania na drewno, zaczęto też wycinać drzewa 90-letnie. Lasy dóbr wilanowskich w tych czasach dzielono na Kabackie, Chojnowskie i Zastowskie. Lasy Chojnowskie dzieliły się na: Szeroki Las, Głęboki Ług, Dąbie i Grabinę. Obszar Lasów Chojnowskich od dawien dawna był obszarem polowań, do Piaseczna i okolic przyjeżdżali nawet królowie polscy i polowali tu na kaczki, kuropatwy, przepiórki, jarząbki, słonki, dubelty, bekasy, drozdy i kwiczoły.

„Praca w lesie” – rycina z książki Ossendowskiego „Puszcze Polskie”

Można sobie wyobrazić, że obszar ten był dość dobrze zaludniony, a gdy utworzono trakty i szosy dla dobrego dojazdu z Warszawy przez Piaseczno i Górę Kalwarię na południe, wzrosło zapotrzebowanie na zajazdy i karczmy. Co jakiś czas w gazetach pojawiały się ogłoszenia o poszukiwaniu dzierżawców karczm. Jedna z karczm bardzo mnie zaciekawiła, gdy przeczytałam iż w 1871 roku dzierżawcą karczmy przy drodze z Piaseczna do Góry Kalwarii była osoba o nazwisku Kowalska. Dość popularne w Polsce nazwisko i byłby to ciekawy zbieg okoliczności, gdyby chodziło o kogoś z rodziny, która też w tym czasie zakupiła duży grunt w Gołkowie i tu się osiedliła. Oczywiście będzie to przedmiotem moich dalszych dociekań. Tymczasem chcę opowiedzieć o przerażających zdarzeniach, które mogłyby posłużyć do scenariusza filmu o seryjnym mordercy, a finał rozegrał się w karczmie o obiecującej nazwie Wygoda, położonej w Lesie Chojnowskim tuż przy trakcie do Piaseczna, na brzegu Jeziorki. Karczmy dzierżawionej właśnie przez Józefę Kowalską.

Mapa z początku XX w. Strzałka wskazuje karczmę Wygoda.

Zacznijmy od początku. Otóż w okolicznych lasach pojawiła się dziwna i przerażająca epidemia. Pierwsze przypadki wskazywały na chorobę nagłą i całkowicie nieznaną. Zwłoki znalezionych osób nie nosiły oznak, jak by to nazwała dzisiejsza kryminalistyka, udziału osób trzecich. Ojciec z 18-letnim synem, jadący furmanką, nagle zasypiają i umierają we śnie. O tym, że śmierć przyszła we śnie, świadczyły spokojne wyrazy twarzy zmarłych. Na ciele nie mieli żadnych obrażeń. Zgonów podobnych było dużo, bo przypadki „zachorowań” były notowane w nie tylko okolicach blisko Warszawy, ale także zanotowano tego typu zdarzenia w powiecie nowomińskim, skierniewickim, garwolińskim i grójeckim. Pierwsze ciekawe informacje przyszły od włościan: Józefa Szynarko z powiatu skierniewickiego, Pawła Mroza z powiatu grójeckiego i syna włościanina Tomasza Bożka z powiatu garwolińskiego. Opowiadali, jak zostali uśpieni nalewką z ziół. W czasie podróży spotkali na trakcie kobietę, która poprosiła ich o podwiezienie. Była to miła i bogobojna osoba, zaraz po umieszczeniu się na wozie nawiązała serdeczny kontakt z gospodarzami i zaproponowała im pyszną nalewkę z ziół. Owszem, poczęstowali się po kieliszeczku. Co się działo dalej, można się domyślić. Widocznie wypili za mało, bo nie zasnęli snem wiecznym jak inni. Połączono te sprawy i stworzono opis upiornej i jakże miłej pani, lubiącej podróże furmanko-stopem i dzielącej się własnoręcznie wykonanym pysznym napojem na alkoholu.

„Tajemniczy matecznik”, leśne zioła fot: „Puszcze Polskie”

Seryjna morderczyni była jednak nieuchwytna i bardzo sprytna. Aż do pewnego dnia, a ten dzień tak opisuje Dziennik Warszawski w 1871 roku: „3 (15) listopada, o godzinie 7-ej wieczór, nieznana kobieta, włócząc się w okolicach osady Piaseczno, zaszła do stojącej przy szosie karczmy Wygoda, w gminie Nowej Iwicznie, powiecie warszawskim i zwróciła się do utrzymującej karczmę Józefy Kowalskiej o pozwolenie jej przenocowania. Zgodziwszy się na to, Kowalska wskazała nieznanej kobiecie miejsce na nocleg, w tej samej izbie, w której się mieściła sama gospodyni, wraz ze służącymi. W nocy, włościanin Jakub Łącki, mieszkający w izbie przyległej do zajmowanej przez karczmarkę, usłyszawszy w tej izbie niezwykły stuk i ruch, od czego nawet obudził się, i pragnąc dowiedzieć się o przyczynie tego, wszedł do izby Kowalskiej, i zastał tam nieznaną mu kobietę, gotującą się do ucieczki z węzłem pospiesznie związanych rzeczy. Łącki próbował najprzód rozbudzić gospodynię i jej robotnicę i powiedzieć im o tym co zaszło, lecz gdy te się prędko nie ocknęły, wtedy zatrzymał ową kobietę i wraz z węzłem dostawił ją do urzędu gminy Nowej Iwiczny, gdzie, po obejrzeniu węzła, okazały się w nim rzeczy Józefy Kowalskiej, ogółem podług przybliżonego oszacowania na sumę 63 r. 90 kop., a między własnymi rzeczami kobiety zatrzymanej znaleziono 2 butelki nalewki z traw nieznanych”. Tymczasem utrzymująca karczmę Józefa Kowalska oprzytomniała i została przesłuchana. Poznała swoje rzeczy z węzełka. Opowiedziała, jak to obca jej kobieta kupiła w karczmie pół kwarty wódki, wymieszała ją z miodem i częstowała nią Kowalską i jej służbę. Po wypiciu kilku łyków nalewki Kowalska poczuła silny ból głowy i zemdlała.

Ustalono, że trucicielką jest Petronela Szymańska, lat 57, mieszkanka Kozienic. Z różnych stron zwożono osoby, które były częstowane „eliksirem” Szymańskiej i potem okradzione, szczęśliwie przeżyły ten poczęstunek i mogły rozpoznać w niej podróżną, której udzielili pomocy. Podawała się za osobę wracającą z pielgrzymki do Częstochowy, była obwieszona dewocjonaliami, co dodatkowo czyniło ją, jak zeznawali świadkowie, wiarygodną. Litościwym głosem żałowała strudzonych podróżnych i namawiała ich na pokrzepienie się gorzałeczką. Na koniec muszę napisać, że wyrażam ogromny szacunek dla ówczesnych śledczych, że w dobie braku szybkiego kontaktu z poszczególnymi posterunkami w guberniach, mogli szybko rozwikłać sprawę seryjnej morderczyni. Choć z drugiej strony trzeba sobie uświadomić, że stworzona przez zaborcę po powstaniu styczniowym gęsta sieć tajnych współpracowników pomagała skutecznie policji. Pozostaje mi życzyć Czytelnikom miłych podróży po lasach i łąkach Mazowsza. A ja udaję się na poszukiwanie śladów po karczmie Wygoda.