Dom Parafialny

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Został rozebrany kolejny dom przy ulicy Nadarzyńskiej i natychmiast przypomniał mi się obiekt, o którym powoli zapominamy, a historia jego jest ciekawa.

 

Przy bladym świetle latarki lochy piwnic wydawały się głębokie jak podziemia Malborka, a my czuliśmy się jak Sokole Oko. Był rok 1966, ukazało się pierwsze wydanie znakomitej powieści Zbigniewa Nienackiego „Pan Samochodzik i templariusze”. Zaczytywaliśmy się w tej powieści jak szaleni i natychmiast po lekturze książki wyruszyliśmy na poszukiwanie skarbów. Parafialniak wydawał się być doskonałą do tego celu budowlą, wyglądał jak ruina tajemniczego kościoła.

Ze składek poszukiwaczy kupiliśmy latarkę. Żarówka przepaliła się natychmiast i zostaliśmy w ciemnościach piwnic. Szliśmy po omacku, pewni, że za chwilę natkniemy się co najmniej na szkielet poprzedniego poszukiwacza lub pogrążymy się w zapadni-pułapce i nikt nie usłyszy naszego wołania o pomoc. Nic takiego się nie stało. Co gorsza, nie odnaleźliśmy na murze nawet jednego tajemniczego znaku wskazującego na to, że byli tu rycerze Jacquesa de Molay. Budynek domu parafialnego był zdecydowanie tajemniczy. Tajemniczości tej budowli nadawał klimat, jaki panował wokół niej. Prawda była taka, że pod koniec lat 40. XX w. rozpoczęto budowę obiektu sakralnego, ktoś zakazał kontynuacji, ktoś obawiał się, że stalinowska władza zamieni budynek parafialny na magazyn zbożowy. Rodzice nie chcieli nas wtajemniczać w zawiłości polityki władz wobec Kościoła i tym sposobem wszystko stało się tajemnicze.

Nasz Malbork stał w Piasecznie przy zbiegu ul. 22 lipca (dziś Jana Pawła II) i Puławskiej, w planach był Domem Spotkań Parafialnych, zbierano na ten cel „cegiełki”.

Frontem do ulicy Puławskiej stała piętrowa kaplica ze strzelistymi otworami okien i dziwnie wąskimi, acz wysokimi drzwiami wejściowymi. Szerokie strome schody prowadziły do wnętrza. Natomiast z tyłu kaplicy istniało coś przedziwnego. Był tu długi mur z cegły, w kształcie wydłużonego prostokąta z wieloma otworami okiennymi podobnymi do tych na froncie budowli. Nie zdążono zadaszyć tej części, toteż siły przyrody i mijający czas robiły tu spore spustoszenia. Wszędzie walały się cegły i części muru. Straszyły otwory piwniczne, nie zawsze zabezpieczone. Poszukiwaczom skarbów templariuszy nie było łatwo dostać się do środka, a jednak był tu raj dla dziecięcych zabaw dla młodych ludzi, oczekujących na lekcję religii w kaplicy popularnie zwanej Parafialniakiem. W części frontowej Domu Parafialnego na parterze odbywały się lekcje religii dla uczniów szkół podstawowych i ponadpodstawowych z całego miasta, spotkania grup katolickich i msze niedzielne. Na piętrze budynku było mieszkanie dla organisty pana Soleckiego i jego rodziny. Witek Solecki, syn organisty chodził z nami do LO34 przy ulicy Chyliczkowskiej, był utalentowanym muzykiem gitarzystą, członkiem licealnego zespołu o intrygującej nazwie „Towarzystwo gry w szachy”, założonego przez ówczesnego nauczyciela muzyki pana Pogorzelskiego. Zespół występował w składzie: Lidka Kurdek – solistka, Bohdan Orłowski- gitara basowa, Zbyszek Borecki – perkusja, Krzyś Tywonek – gitara solowa i Witek Solecki – gitara solowa. Konkurencja dla The Doors tak duża, że aż dziwne, że nie spotkali na swojej drodze muzycznej solidnego wydawcy. Witek czasami zapraszał kolegów do swojego mieszkania na piętrze kaplicy. Każdy chciał tam trochę pobyć, bo mieszkać w kościele – to było coś.

Teraz trochę na poważnie. W 1958 r. do piaseczyńskiej parafii św. Anny przybywa ks. Kanonik Kazimierz Siwak i obejmuje funkcję proboszcza. Jemu to przypadła rola mediatora w sprawie Domu Parafialnego. Ksiądz energiczny, interesujący się historią miasta, dyplomata umiejący iść na kompromis z komunistycznymi władzami.

Ukończył gimnazjum w Otwocku, studiował w Seminarium Metropolitalnym w Warszawie. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1930 r. Był magistrem teologii i historii. Przez całe swoje życie ksiądz Siwak kolekcjonował informacje na temat historii Polski. Interesował go szczególnie Karczew. Przyczynił się do stworzenia monografii tego miasteczka. Ród Siwaków w Karczewie, to jak w Piasecznie Rowińscy czy Poncyliusze, ród znaczący dla rozwoju miasta. Ksiądz Kazimierz przybył do Piaseczna ze swoją mamą staruszką, przemiłą osobą i pacjentką doktor Mrówczyńskiej. Przez jakiś czas starsza pani zamieszkiwała starą plebanię. Chodziła w stroju zakonnicy, z chustką zawiązaną na głowie i wyhaftowanym na niej krzyżem, umieszczonym nad czołem.

W czasie kampanii wrześniowej nasz proboszcz był kapelanem wojskowym, pełnił tę funkcję w Armii „Poznań” generała Kutrzeby i Armii „Pomorze” generała Bartnowskiego. Po bitwie pod Bzurą otrzymał Krzyż Walecznych, był też odznaczony Krzyżem AK. Przez wiele lat pełnił funkcję spowiednika Prymasa Tysiąclecia Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Przy każdej wizycie duszpasterskiej w moim domu wspominał z babcią Różą czasy dzieciństwa, gdyż oboje pochodzili z tych samych okolic. Wypijali razem kieliszeczek nalewki z wiśni i omawiali bieżące wydarzenia polityczne. Przez 20 lat, jakie spędził w Piasecznie dyplomatycznie konferował z kolejnymi przewodniczącymi Rady Narodowej Piaseczna w sprawie Parafialniaka i tak w 1972 r. proboszcz zdołał się „dogadać” z władzami w tym temacie. Postanowiono, że zostanie rozebrana niezadaszona część kaplicy od strony zachodniej. Działka nieodpłatnie przejdzie na Skarb Państwa. W późniejszym czasie przeniesiono tu (do nowo wybudowanego obiektu) Bank Polski, mieszczący się wcześniej przy ul.Kościuszki 23.

 Ksiądz Kazimierz Siwak zmarł w 17 lipca 1979 roku i nie doczekał się jednoznacznego rozwiązania kwestii budynku i działki. Kolejny proboszcz uzyskał od banku, którego budynek oddano do użytku w czerwcu 1993 r., rekompensatę finansową za działkę.

Z czasów stanu wojennego (1981-1983) pamiętam długie kolejki, stojące na schodach kaplicy, ciągnące się na podwórko posesji i wychodzące aż na ulicę Puławską, po dary dla dzieci z paczek z Zachodu. Były w nich sery żółte, mleko w proszku i odzież. Otrzymaną ilość „skarbów” wpisywano do Książeczek Zdrowia Dziecka. Kilkugodzinne oczekiwania i pół kilo żółtego sera niesione z radosną miną – udało się! Był to chyba najsmutniejszy widok jaki widziałam w Piasecznie.

21 sierpnia 2014 r. budynek przy ulicy Puławskiej przestał istnieć. Spojrzałam na zagospodarowany teren będący dziś parkingiem i wydało mi się, że działka, która pozostała po Domu Parafialnym jest dziwnie mała, a tyle historii można opowiedzieć.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama