Bronisław, czyli o tym, ile potrzeba żołędzi na utuczenie jednego wieprza, dywagacje jesienne

Oceń ten artykuł
(10 głosów)

Podmuch mroźnego powietrza uśmiercił pewnej nocy moje dalie w ogrodzie, złość mnie ogarnęła, bo na cztery posadzone bulwy roślina wydały tylko jeden kwiat. Na krzewach były pąki, ale niestety zamieniły się w brunatne błoto. I wtedy przyszedł mi do głowy ogrodnik doskonały, któremu ani mróz, ani letni skwar nie był przeszkodą w hodowaniu najpiękniejszych roślin w piaseczyńskim ogrodzie.

Ogrodnik i wydawca książek o hodowli roślin oraz właściciel firmy ogrodniczej „Gałczyński i Ślaski” założonej w 1928. Oto on – Bronisław Gałczyński (1882-1933) – wraca do mnie co jakiś czas w poszukiwaniach bibliotecznych. Odnajduję też jego książki na aukcjach internetowych. Gratka to dla bibliofilów niebywała, bo są to białe kruki pierwszej wody i, jak sądzę, powinny być kupowane przez piaseczyńskie muzeum. Ale nie są.
W klimacie stworzonym przez ogrodnika Gałczyńskiego powstaje powieść „Noce i dnie”, a także sporo ciekawej publicystyki Marii Dąbrowskiej (1889-1965). Ogród przy ulicy Reytana w Piasecznie był tym miejscem, w którym rodzili się bohaterowie powieści Dąbrowskiej. Próżno szukać dziś śladów budowli, domów, altan i klombów, bo wszystko zniknęło. Jak te moje dalie w ogrodzie.
Mam przed sobą publikację wydaną w Piasecznie w roku 1928 nakładem autora, tytuł „Drzewa liściaste”. Gałczyński, wielbiciel poezji Juliusza Słowackiego, opisuje poszczególne gatunki drzew w sposób interesujący: „Wielkość i wartość lasu dębowego mierzono liczbą świń, jaką mógł wyżywić. Tak np. w VIII wieku pewna królewna angielska otrzymała w posagu las na 200 świń. Nasz Wyżycki twierdzi, że potrzeba 25 dorosłych dębów na utuczenie jednego wieprza. Wypadałoby z tego, że królewna angielska z VIII wieku otrzymała w posagu 5.000 dorosłych dębów...”.
Książkę czyta się jednym tchem. Autor ilustruje tekst grafikami Adama Knauffa. Zaskakujące jest to, że nagle z niepamięci wyłania się obraz lipowej alei parkowej w Chyliczkach i rząd wierzb płaczących wzdłuż ulicy z kościołem w Starej Iwicznej w tle. Maria w tym czasie, w „Dziennikach”, pisze o długich spacerach po parku i lesie. Bronisław opisuje to, co można zobaczyć w czasie tych przechadzek, fotografuje lub zleca rysowanie grafik. Pisze: „Piękno lasu i piękno drzew nie tylko w samym lesie i w samych drzewach jest zawarte, ale i w dziełach sztuki. Obcowanie z dziełami sztuki nie tylko nie przeszkadza, ale bardzo dopomaga do odczuwania piękna w przyrodzie”.
Bronisław Gałczyński i Maria Dąbrowska to cioteczne rodzeństwo. Była miedzy nimi przyjaźń i porozumienie. Jego rodzice to pierwowzór postaci z „Nocy i dni”. Ojciec Bronka to rodzony brat matki Marii, przyrodnik. Dąbrowska często przyjeżdża do Piaseczna w latach 20. XX wieku. Po śmierci Bronisława w 1933 roku kontakt z Piasecznem urywa się na jakiś czas, aby potem odnowić w innym miejscu i czasie, i z inną rodziną.
Bronisław i Maria to dwie niezwykle twórcze i intrygujące dusze. On ją czaruje wiedzą o przyrodzie i kreatywnością, a ona radzi się Bronka w sprawach literackich i uczuciowych. On właśnie rozkręca spółkę „Gałczyński i Ślaski”, która będzie sprzedawać najlepsze sadzonki w kraju, a ona pisze dzieło swojego życia „Noce i dnie”. No i ona jest zakochana w Paneńku (Jerzy). Maria pisze w „Dziennikach”:
20.IX.[1926] Dziś przeczytałam „Mackbet”. Miałam z tego tylko niewyraźne wspomnienie z teatru w Brukselli, kiedy grała pani Leblanc (Maeterlinck), która mi się w tej roli nie podobała. Z czytania w dzieciństwie też nic nie pamiętałam. Zachwyciłam się. Właściwie dopiero teraz odkrywam Szekspira. Pod wpływem tego czytania napisałam w artykule o Sinclairze ustęp poświęcony Szekspirowi. Jeden mały artykuł piszę już trzeci dzień. Jakże ja w ogóle mogę pisać wobec tego? Jestem taki nieuk. Jestem ciągle w Piasecznie u Bronków.
22.IX.[1926] Przeczytałam Bronkowi artykuł o Sinclairze. Zachwycił się. Powiedział, że mam „wspaniały talent polemiczny i publicystyczny”. Do zmierzchu chodziłam po lesie. Zataiło się tam nieco ciepła letniego, które głaskało mnie przez mroźne powietrze jesieni. Myślałam o nas, ciągle o nas, Paneńku. Ludzie mówią, że miłość zaspokojona nuży się, przemija. A u mnie zawsze wszytko jest na wywrót. Przeciwnie miłość dopełniona wzmaga się, rośnie, potężnieje, a ta, która się karmi tęsknotą, musi się w końcu zetlić sama w sobie. Tak będzie we mnie i tak w Tobie, Paneńku. Ale zostanie przyjaźń taka, jakiej nie bywało, blada i śliczna jak zorza. Ja już innego takiego jak Ty, i jak był On, nie spotkam na tym świecie.
26.IV.[1928] Czwartek. Byłam w Piasecznie. Bronek podarował mi pięć krzaków róż na Powązki. Wracam o 10-tej wieczór. Było przyjemnie.
25.V.[1928] Piątek. Od kilku dni psia pogoda, deszcz, wicher, zimno, tak że nawet okien nie można pootwierać. We wtorek w południe pojechałam do Piaseczna, wróciłam we środę w południe – przywiozłam tak dużo bzu, że musiałam wziąć taksówkę.
27 grudnia 1931 r. Zbyt dużo przeżyłam w ciągu tej jesieni, abym mogła była pisać. Pierwszy tom powieści pod ogólnym tytułem „Noce i Dnie” wyszedł z druku w końcu listopada i doznał niezwykle gorącego przyjęcia, tak że jeszcze zanim ukazała się jakakolwiek recenzja, niemal w ciągu tygodnia rozeszło się 3/4 nakładu, co prawda bardzo małego, bo wynoszącego 2 tysiące egz., ale to i tak podobno na dzisiejsze czasy – kryzys i moje prawie nowe w literaturze nazwisko – rzecz niebywała. Jednak nie mniej od mąk i radości z tym związanych, pochłania mnie moja sprawa osobista – miłość z Jerzym. Był w październiku w Warszawie.
Rok 2015 październik. Drogi wiodą do Krakowa, bo okazuje się, że firma „Gałczyński i Ślaski” tam jeszcze istnieje i ma się znakomicie. Tymczasem w piaseczyńskim Domu Kultury koncert „Wokół Nocy i Dni”. I jak nie kochać tego miasta?

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama