Sweet idioci

139

Właśnie rusza nowa kampania Fundacji Dzieci Niczyje. Nosi tytuł „Pomyśl, zanim wrzucisz” i ma na celu podnoszenie świadomości nastolatków odnośnie tego, co publikują w sieci, ze szczególnym naciskiem na intymne zdjęcia. Bardzo podoba mi się ta kampania; niby powszechnie wiadomo, że to, co wrzucamy do internetu, krążyć tam będzie po wsze czasy, a jednak zaskakująco wiele osób najwyraźniej nie zdaje sobie z tego sprawy.


Jak miliony ludzi na świecie, jestem użytkowniczką rozmaitych mediów społecznościowych. Lubię je, korzystam z nich często i intensywnie. Nie mam w gronie znajomych zbyt wielu nastolatków, więc nie jestem w stanie z własnych obserwacji określić, jak powszechne jest zjawisko wrzucania intymnych materiałów w tej grupie wiekowej. Widzę jednak, że ta kampania nie powinna być kierowana wyłącznie do młodzieży. I nie tylko w kwestiach intymnych.
„Mój Kubuś właśnie zrobił pierwszą kupkę po odstawieniu od cycka!” – ogłosiła wczoraj moja znajoma na Facebooku. Do dumnego obwieszczenia dołączona była fotografia brudnej pieluchy. Długo przecierałam oczy ze zdumienia. Jak tak można? Jak można opublikować zdjęcie dziecięcej kupy? A przede wszystkim – jak można tak nie szanować prywatności własnego dziecka?! Co z tego, że ma kilkanaście miesięcy; dziecko nie będzie maleństwem w nieskończoność i z pewnością nie będzie szczęśliwe, kiedy dowie się, że znajomi matki wiedzą, jak wyglądała jego pierwsza stała kupa. Wspomnianą znajomą usunęłam z facebookowych kontaktów i mam nadzieję już więcej nie oglądać efektów końcowych metabolizmu obcych, bądź co bądź, dzieci. Dla dobra własnego i samych zainteresowanych.
To oczywiście skrajna sytuacja, ale przykładów na bezmyślność przy publikowaniu informacji w internecie można mnożyć w nieskończoność. Nie tylko w kwestii zdjęć i informacji o dzieciach, choć tu oczywiście niebezpieczeństw czyha najwięcej (pomyśl, droga mamo, kto w internecie najbardziej ucieszy się ze zdjęcia twojej roznegliżowanej pociechy w wannie…). Sieć, z czego najwyraźniej nie wszyscy zdają sobie sprawę, to cwana bestia, przechowująca dziesiątki informacji o każdym z nas. Zna nasze dane osobowe, nasz adres, wie, gdzie pracujemy, gdzie studiowaliśmy i gdzie wybraliśmy się na wakacje w zeszłym roku. Zna nasz numer konta, datę urodzenia, gust muzyczny, wyznanie, orientację seksualną i imię naszego kota. Większość z tych danych powinna być chroniona i zwykle jest, ale to od nas samych zależy, co tej ochronie podlegać będzie. Bo w zdecydowanej większości przypadków to my decydujemy, co do internetu wrzucimy. Nie chcę tu rozwodzić się nad wszystkimi zagrożeniami, jakie płyną z internetowej lekkomyślności, ale warto mieć to na uwadze, nim zalogujemy się do wirtualnego świata.
Jest jeszcze jedna kwestia, znacznie lżejszego kalibru, ale i tak nie dająca mi spokoju. I tu znów posłużę się przykładem wspomnianej koleżanki-specjalistki do spraw dziecięcej kupy.
Internet to przestrzeń publiczna. Czy publikując radosną nowinę o odchodach potomstwa moja znajoma miała na uwadze rangę tej informacji dla innych użytkowników? Możemy śmiało wątpić. Podobnie jak można wątpić, czy wrzucane przez niektórych na potęgę tzw. sweet focie mają na celu cokolwiek innego niż zaspokojenie własnej potrzeby ekshibicjonizmu. Bo jakiż inny sens może mieć publikowanie dzień w dzień zdjęć, na których nie widać nic poza twarzą autora bądź autorki? Podobnie rzecz ma się z udostępnianiem zdjęć talerzy – nagle okazuje się, że nie można zjeść posiłku bez uprzedniego sfotografowania i wrzucenia do sieci. W efekcie media społecznościowe zapełnione są informacjami o zerowej wartości, a człowiek zamiast cieszyć się posiłkiem i towarzystwem, spędza czas z nosem w wirtualu. Po co?
Sama nie wiem, może jest coś, czego nie dostrzegam. Może dzieci publikowane na prawo i lewo rosną zdrowsze. Może posiłki zamieszczone na Facebooku nie tuczą. Może od sweet foci człowiek pięknieje. Jeśli tak jest – niechże mnie ktoś uświadomi. Bo póki co widzę tylko idiotyczny trend, który kradnie nam rzeczywistość i przemyca ją (po nałożeniu odpowiednich filtrów) do internetu. I czuję, że dopóki ten trend nie ustanie, żadna kampania kierowana do młodzieży nie odniesie sukcesu – bo jak wytłumaczyć dwunastolatkowi, że robi źle, skoro wszyscy wokół, nie wyłączając jego rodziców, robią dokładnie to samo?
Karla