Sprawa pana D.

0
443

Ależ się narobiło! Jeden z tygodników ważył się oskarżyć czołowego dziennikarza o molestowanie swoich pracownic.

Na te kalumnie zareagowało całe środowisko, murem stając w obronie szkalowanego kolegi. Co prawda wewnętrzna komisja powołana w celu wyjaśnienia sprawy wciąż przesłuchuje świadków i samego zainteresowanego, publiczny wyrok już zapadł: niewinny. Oczywiście prawo zabrania jednoznacznego informowania opinii publicznej o winie bądź niewinności przed oficjalnym zakończeniem śledztwa i zapadnięciu wyroku, ale przecież nie liczy się tylko to, CO się pisze, ale też JAK się pisze, prawda? I tak mamy kamienne milczenie TVN, rodzinnej stacji Kamila Durczoka, obszerny artykuł „Polityki” na temat rujnowania człowieka za pośrednictwem mediów, porównujący przypadek Durczoka do Krzysztof Piesiewicza, ostatecznie uniewinnionego. „Newsweek” tworzy rys biograficzny dziennikarza, niby to obiektywnie, ale zaczynając i kończąc tekst wzmianką o tym, jakim sympatycznym, prostym chłopakiem ze Śląska jest Durczok – ot, niby bezstronnie, ale kto by nie lubił takiego fajnego Ślązaka? Obraz, który wyłania się z tych publikacji, jest jasny: oto mamy do czynienia z okrutną nagonką na zwykłego faceta, który po prostu jest wymagającym szefem. A tu robią z niego gwałciciela, rujnują mu życie! O tym, czy jest winny, czy nie, na razie nie można nic powiedzieć. Ale obrzucić błotem oskarżycieli? Czemu nie! Sprawa o tyle łatwiejsza, że tygodnik „Wprost”, autor rewelacji o Durczoku, cieszy się coraz mniejszym poważaniem, głównie z powodu podsłuchowego cyrku.
W ten sposób powstaje w mediach nowy, podwójny standard. Wszystko zależy od tego, kto jest oskarżony. Pamiętacie, jak Aneta Krawczyk oskarżała Andrzeja Leppera o wykorzystywanie seksualne? Prasa huczała, media spekulowały w jednym tonie, obrazując komentarze tak, by z materiału wyłonił się wizerunek Leppera jako prostaka i awanturnika. Długo przed wyrokiem stał się persona non grata, obiektem żartów i docinków. Ostatecznie sąd uchylił wyroki pierwszej instancji, badania genetyczne wykazały, że twierdzenie Anety Krawczyk, jakoby Lepper był ojcem jej dziecka, jest bezpodstawne. Ale kariera polityczna Leppera była już skończona.
Kiedy jednak oskarżonym jest nie polityk, ale kolega po fachu (fachu darzonym zaufaniem publicznym, więc wymagającym krystalicznej uczciwości), nagle zaczyna się o nim mówić jak o zmarłym: dobrze, albo wcale. Mówi się za to – wspinając się na szczyty hipokryzji – jakie to straszne, gdy media krzywdzą człowieka.
Mobbing to nowe w Polsce określenie na zjawisko stare jak świat: szefowi wolno pracownika poniżać i traktować jak psie łajno na podeszwie, a jeśli podwładnym jest kobieta – to już hulaj dusza! Można składać niedwuznaczne propozycje, można złapać za pierś, można rzucać sprośne żarty (sama kiedyś usłyszałam od swojego szefa epitet „cycolina”, w jego rozumieniu żartobliwy. Krótko po tym złożyłam wypowiedzenie). Temat wciąż się przemilcza, bo z jednej strony tematem tabu jest wszystko, co związane z seksem, z drugiej strony molestowani obawiają się utraty pracy. Mało kto ma odwagę pójść do sądu, gdzie czekają go długie, niejednokrotnie upokarzające, zeznania, a wyroki skazujące sprawcę zapadają rzadko, bo zwykle pracodawcę stać na lepszego prawnika. A nawet jeśli sąd uzna, że pozwany jest winny, wyroki są zwykle śmieszne – jak w przypadku kobiety, która po skardze na przełożonego straciła pracę w trybie dyscyplinarnym, przez co przez kilka lat nie mogła znaleźć pracy. Po prawie dekadzie sąd przyznał jej rację i kazał wypłacić odszkodowanie w wysokości… 30 000 zł. Nazwiska szefa i nazwy firmy nie ujawniono.
Co ma zatem zrobić ofiara mobbingu, która musi przejść drogę przez mękę, by w ogóle odważyć się powiedzieć cokolwiek głośno, a potem przedrzeć się przez kolejne piekło polskiego sądownictwa? Często w sytuacjach bezradności szuka się ratunku w mediach, które niejednokrotnie pełnią rolę bicza na instytucje publiczne – interweniują w sprawie zaniedbanych psów, zadają niewygodne pytania, które prowadzą do ukarania opieszałych urzędników MOPSów, gdy pobite czwarty raz dziecko trafi do szpitala czy na cmentarz. Tym razem jednak z mediów płynie jasny komunikat: molestowaniem się nie zajmujemy. Jeśli nie jesteś jednym z nas, musisz radzić sobie sam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię