Ściema news

W 2016 r. w USA gruchnęła informacja, że Partia Demokratów przetrzymuje w piwnicy waszyngtońskiej pizzerii dzieci przeznaczone na handel.

News wyleciał w świat akurat pod koniec kampanii wyborczej i kosztował demokratkę Hillary Clinton kilka punktów procentowych poparcia. Nie tylko ona padła ofiarą tej informacji – pracownicy pizzerii byli zastraszani przez oburzonych mieszkańców. Kulminacja nastąpiła, kiedy do lokalu wszedł uzbrojony mężczyzna i grożąc bronią zażądał dostępu do piwnicy w celu sprawdzenia, czy rzeczywiście trzymają tam dzieci z przemytu. Okazało się, że w pizzerii nawet nie ma piwnicy. Cała sprawa była wyssana z palca, a jej autorem był pewien skinhead, który upublicznił tę bzdurę na Twitterze.
Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność. Regularnie padamy ofiarą niesprawdzonych, nierzetelnych, wręcz nieprawdziwych informacji. Zjawisko ma swoją nazwę: fake news. Nie rozumiem tego oksymoronu – słowa „news” używa się przecież w odniesieniu do informacji. Zestawienie tego ze słowem „fake”, czyli fałszywy, nabiera dziwnego brzmienia. Dlaczego nie nazywamy rzeczy po imieniu, nie nazywamy kłamstwa kłamstwem? Zaczęłam zgłębiać temat i okazuje się, że „fake news” jest równie stary jak samo kłamstwo.
Pierwszy przypadek, do jakiego dotarłam, dotyczył sprawy porwania i mordu trzyletniego chłopca w Trydencie, w drugiej połowie XV wieku. Trydencki kleryk, Bernardyn z Feltre, wygłosił w wigilię paschalną płomienne kazanie, opisujące rzekome mordy rytualne popełniane przez Żydów. Wierni wrócili do domów z głowami nabitymi makabrycznymi wizjami, a kiedy w Poniedziałek Wielkanocny znaleziono ciało chłopca, wizje zasiane przez kaznodzieję połączyły im się z morderstwem w całość. Opinia publiczna zaczęła głośno domagać się sprawiedliwości. Ktoś widział Żyda z nożem, kto inny twierdził, że ciało dziecka znaleziono w piwnicy domu żydowskiej rodziny. W rezultacie pojmano, poddano torturom i spalono na stosie 15 Żydów. Nigdy nie dowiedziono winy Żydów, wiadomo jednak, że Bernardyn z Feltre zawzięcie zwalczał żydowską lichwę, jednocześnie prowadząc tzw. „banki pobożne”, udzielające wiernym kredytów.
Fake newsami parał się nawet Joseph Pulitzer, fundator nagrody wręczanej dziś najlepszym dziennikarzom. Ironią losu jest, że człowiek, którego nazwisko dziś kojarzy się z rzetelnym dziennikarstwem, sam fałszywymi informacjami wywołał wojnę amerykańsko-hiszpańską pod koniec XIX wieku.
W Polsce aktualnie panuje plaga fałszywych doniesień na temat rzekomych przestępstw popełnianych przez uchodźców napływających do Europy z ogarniętej wojną Syrii.
Termin „fake news” przeżywa dziś renesans dzięki retoryce Donalda Trumpa, a my połknęliśmy go i adaptowaliśmy, bez refleksji, że przecież mamy już określenie na takie „newsy” – to zwykła kaczka dziennikarska. Dlaczego tak uparcie używamy anglojęzycznego terminu, skoro mamy polski, zakorzeniony odpowiednik?
Po krótkim namyśle, chyba już wiem. Angielski zwrot nie budzi politycznych skojarzeń…