Nabici w PET

727

Ile jeszcze koszy na śmieci każą nam postawić w naszych domach?

Wyobraźmy sobie taką scenę: jesteśmy pracownikami fabryki samochodów. Rynek pokazuje jednoznacznie, że nasza fabryka musi produkować mercedesy, aby utrzymać rentowność i zagwarantować nam zatrudnienie. Jednak producent części samochodowych dostarcza nam tylko elementy do łady. Jako pracownicy mamy wybór: albo będziemy z własnej kieszeni kupować części do mercedesa, albo będziemy produkować łady. Oczywiście za każdą ładę zbudowaną zamiast mercedesa, dyrektor naszej fabryki będzie nas karał, bo przecież wytyczne na linii produkcyjnej są jasne.

Pytanie: Kto ponosi odpowiedzialność za fakt, że fabryka chyli się ku upadkowi? Producent części, dyrektor fabryki czy pracownicy?

A teraz do tego równania podstawmy inne dane. Fabryka to nasza planeta, pracownicy to my, dyrektorem są rządy i wspólnoty międzynarodowe, a producentem – duże koncerny. A w miejsce samochodów należy podstawić śmieci – segregowane jako mercedesy i niesegregowane jako łady.

Ten mocno uproszczony przykład pokazuje absurd pseudoekologii, którą obecnie uprawia się na całym świecie. Z jednej strony prośbą i groźbą nakłania się nas do segregowania odpadów, redukowania śmieci. Z drugiej zaś produkuje się plastik i opakowania wielomateriałowe bez opamiętania. W ten sposób odpowiedzialność za zalewające nas tsunami plastiku przerzuca się na konsumenta, który zwykle nie ma innego wyjścia, jak tylko kupić produkt opakowany warstwami sztucznego tworzywa. A później te warstwy musi posegregować i wyrzucić, tym samym płacąc za opakowanie dwa razy – przy zakupie i utylizacji. W rezultacie jesteśmy zakładnikami obu stron, producentów i włodarzy, a największym beneficjentem są chyba producenci worków na śmieci.

Taka polityka śmieciowa i promowanie „ekologicznych” (oczywiście droższych) opakowań może budzić podejrzenia, że nikt nie ma interesu w faktycznym ograniczaniu produkcji odpadów. Z jakiego innego powodu bowiem odpowiedzialnością obarcza się użytkownika, a nie producenta? Dlaczego zamiast zakazać produkowania słomek do napojów, oferuje się klientom „biodegradowalne” rurki? „Biodegradowalne” w cudzysłowie, bo zwykle takie słomki są indywidualnie opakowane w… plastik, ponoć dla higieny.

Oczywiście najprostszą odpowiedzią na te pytania są pieniądze. Używanie plastiku jest opłacalne dla dużych konsorcjów. Gdyby Coca-Cola, aktualnie największy „plastikowy truciciel” świata, wrócił do szklanych butelek, koszty transportu (szkło jest znacznie cięższe od plastiku) i ryzyko zniszczenia towaru wzrosłyby niepomiernie. A część dochodów takich koncernów trafia do skarbu państwa w postaci podatków. Dodatkowo w niektórych częściach świata politycy mogą legalnie przyjmować wsparcie finansowe od korporacji (np. USA). Z punktu widzenia polityków więc nakładanie sankcji na duże firmy to gryzienie karmiącej ręki.

Co możemy zatem zrobić?

Prawdę powiedziawszy, niewiele. Możemy kupować marchewkę i brokuły w lokalnych warzywniakach, gdzie produkty zwykle leżą luzem. Możemy pić kranówkę, rezygnując z plastikowych butelek. Ale już kupno mleka okaże się problematyczne. Ilu z nas ma wszak możliwość kupić mleko w szklanej butelce od gospodarza, jak się to robiło 30 lat temu? Podpowiem: praktycznie nikt, bo regulacje krajowe i międzynarodowe na dobrą sprawę zdelegalizowały taki zakup.

Możemy zatem zastawić sobie całe mieszkanie koszami na rozmaite odmiany śmieci, ale dopóki nie zmienią się przepisy i producenci nie zaczną ponosić odpowiedzialności za swoje produkty, nasza segregacja będzie równie śmieszna i skuteczna, co używanie łyżki stołowej do wylewania wody z pokładu tonącego Titanica. A dyrektor fabryki będzie się jeszcze domagał pieniędzy za dzierżawę łyżki.