Na gęsingu

103

Nuda to straszna rzecz. Z nudów człowiek robi różne rzeczy.

Niektórzy z nudów idą na spacer (chwała im), inni biorą się za porządki (o zgrozo!). Wraz z rozwojem Internetu, coraz więcej ludzi nudzi się w sieci – i do tych zaliczam się także ja. Właśnie z nudów weszłam ostatnio na portal Facebook. O, wyskoczyło powiadomienie! To zaproszenie na wydarzenie! A cóż to za wydarzenie? Szkolenie z… barberingu. Przetarłam oczy, zamrugałam, spojrzałam jeszcze raz. A jednak, to nie zmęczenie, tam naprawdę napisano barbering. Nauka angielskiego nie poszła w las, zrozumiałam, że chodzi o fryzjerstwo. Taką przynajmniej miałam nadzieję, bo angielskie „barber” oznacza nie tylko fryzjera, ale też balwierza bądź cyrulika, a więc kogoś, kto prócz golenia bród zajmował się także rwaniem zębów i upuszczaniem krwi. Szkolenie z upuszczania krwi?! Kliknęłam w nadesłany link, doczytałam – uff… jednak tylko strzyżenie. Nie mogli tak od razu?! Czy naprawdę zamiast „barbering” napisać „fryzjerstwo”? No tak, przecież fryzjerstwo jest już niemodne, jak zresztą cała polszczyzna. Już nie biegamy, ale uprawiamy jogging. Nie jesteśmy rodzicami, tylko parentingujemy. Chodzimy na meetingi, przygotowujemy briefingi, dostajemy coachingi.

Jednym z moich ulubionych cytatów filmowych są słowa wypowiedziane przez zmarłego niedawno Robina Williamsa w „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów”:

„Unikajcie słowa »bardzo«, to słowo oznacza lenistwo. Mężczyzna nie jest »bardzo zmęczony«,

jest »wyczerpany«. Nie mówcie »bardzo smutny«, mówcie »markotny«. Język został wynaleziony w jednym celu, chłopcy – do oczarowywania kobiet. A na tym polu nie ma miejsca na lenistwo”.

Tak, bogactwo języka jest ogromne, możliwości niemal nieograniczone, a samo słownictwo piękne, ale my, jak te Rejowskie gęsi, gęgamy, czy może raczej „ingamy”. Nie godzę się na to. Od Reja i jego gęsi wolę Słowackiego i jego język giętki. Nie chcę być parentem, chcę być matką. Nie chcę barberingu, chcę się ostrzyc. Nie chcę uprawiać joggingu, chcę… no dobrze, biegać też nie chcę. Tymczasem wszędzie wokół siebie widzę, jak angielski wypiera moją mowę ojczystą.

To nie jest pierwszy raz w naszej historii, kiedy tak chętnie sięgamy po cudze. Cały barok ociekał wręcz makaronizmami, polska szlachta na potęgę zapożyczała od Francuzów i Włochów. Świetnie zobrazował to zresztą później Henryk Sienkiewicz, tworząc barwną, ale chwilami jakże już dziś niezrozumiałą postać Onufrego Zagłoby. Czy jednak warto wzorować się na baroku, z historycznego punktu widzenia niezbyt chlubną epoką w naszej historii? Wolałabym nie.

Oczywiście, nie mam nic przeciwko nauce języków. Wręcz przeciwnie – uczmy się ich! Dzięki nim porozumiemy się z całym światem! Ale błagam, nie zapominajmy o naszym własnym, polskim. Pięknym i bardzo trudnym. O tym, jak trudna jest polszczyzna, przekonałam się jakiś czas temu, ucząc naszej pięknej mowy zaprzyjaźnioną Angielkę. Wyjaśnianie jej meandrów naszej fleksji zupełnie mnie przerosło. Na szczęście trafiłam na ambitną uczennicę i dziś już potrafimy porozmawiać po polsku. Czasem nawet jest mi wstyd, bo umie wysłowić się lepiej od niejednego nastolatka, który polszczyznę wyssał z mlekiem matki.

Myślę, że to nasze „ingowanie” ma dwa źródła. Z jednej strony są nieustanne kompleksy na punkcie naszego miejsca w świecie. Tak bardzo chcemy być światowi, obyci, a Polska tak bardzo kojarzy nam się z zaściankiem i traktorem na drodze krajowej, że wyrywamy się do wielkiego świata z korzeniami. Skoro na Zachodzie mówią „trendy”, to my też będziemy trendowaci! Z drugiej strony – i może tu wydam Wam się nudna – znów odzywa się brak lektur. Nie dbamy o wzbogacanie języka, nie szukamy brakujących słów.

Kilka dni temu byłam świadkiem kuriozalnego powitania dwóch kloszardów:
– Ave Cezar! Morituri te salutant! – zakrzyknął jeden z nich.
– Idący na śmierć pozdrawiają cię! – odparł drugi.

Scenka rozbawiła mnie, ale później pomyślałam, że oto mam przed sobą dwóch odrzuconych przez społeczeństwo ludzi, którzy właśnie udowodnili mi, że są bardziej oczytani niż niejeden kierownik wielkiej korporacji. I wtedy zrozumiałam: język musi się rozwijać. Przecież to żywy organ, musi ewoluować, inaczej wyginie, jak ptaki dodo i łacina! Może więc nie należy się czepiać i czas się dostosować? Zacząć korzystać ze WSPÓŁCZESNEJ polszczyzny…?

Tak. Język polski ewolwinguje. Dilujcie z tym.