Miasto chaosu

121

Piaseczno ma problem z parkowaniem. To jest fakt, z którym trudno dyskutować.
Parkujemy wszędzie. Legalnie i nielegalnie. Kiedy coś się wyburza, powstaje parking. Jednak na miejscu dawnego MGOPS-u ma powstać skwer – nie parking – dlatego wszystkie lokalne media emocjonują się tym malutkim placykiem. Okoliczni mieszkańcy powątpiewają i zakładają się, że może jednak powstanie parking. W końcu to centrum miasta, reprezentacyjne miejsce, no gdzieś trzeba parkować.
Kiedy gmina zaczyna rozmawiać o płatnym parkowaniu, to podnoszą się głosy (w kółko), że najpierw trzeba wybudować wielopoziomowy parking. Przecież to logiczne. Aby ludzie nie musieli płacić złotówki albo kilku, należy wybudować parking za kilka lub kilkanaście milionów złotych.
Ponieważ władza słyszy głosy, płatnego parkowania wciąż nie ma (chociaż może jest teraz szansa). Wielopoziomowy parking też nie powstał. Parkujemy więc na drogach, chodnikach, na trawnikach, na przejściach dla pieszych (ale czasem tylko kawałeczkiem samochodu, no bez przesady, po co ludziom cała szerokość przejścia). Jesteśmy w tym dzikim parkowaniu tak zawzięci, że trzeba gdzieniegdzie stawiać przeciwko nam słupki, bo przepisów nie rozumiemy.
Są oczywiście miejsca, w których parking wielopoziomowy jest konieczny i to do końca III kwartału tego roku (co się nie wydarzy), kiedy Kolejom Mazowieckim i stacji w Piasecznie przybędzie pasażerów z okazji końca remontu torów (wnoszę z góry, że przybędzie, bo wiadomo, że ubyło, ludzie faktycznie mieli dość). W centrum miasta jednak, wzorem innych miast na świecie, przydałyby się miejsca rotacyjne, a nie wielopiętrowy moloch za połowę kwoty potrzebnej na wykonanie Centrum Kultury na kolejce.
W tym mieście chaosu doszło kilka lat temu do tak kuriozalnej sytuacji, że władzę zmuszono do usunięcia ścieżki rowerowej, żeby ludzie mogli parkować pod samymi drzwiami sklepów. Ścieżka co prawda była osamotniona i brakowało jej dalszego ciągu, ale może to był dobry początek dla przyszłych dróg dla rowerów. Niestety, nie dowiedzieliśmy się tego.
Przyznam, że parkuję w centrum, w najróżniejszych godzinach, w najróżniejszych dniach, w tygodniu i w weekendy. W weekendy czasem mam problem, które miejsce wybrać z tych wszystkich wolnych miejsc. W tygodniu większego problemu nie ma, ale czasem muszę przejść kilkaset metrów do celu. To nie jest problem dla zdrowego człowieka. Moja znajoma nie ma zdrowych nóg, ma z tego powodu legitymację, która uprawnia ją do parkowania na miejscach dla niepełnosprawnych. Te jednak są czasem zajęte przez osoby z niepełnosprawnym mózgiem, ale o zupełnie sprawnych nogach.
Rodzice z wózkami i osoby na wózkach nie mogą czasem przejechać chodnikiem, bo pan/pani w suvie musiał/a kupić bułeczki. Kiedyś, kiedy przebywałam w redakcji w weekend, pod naszym oknem (taka mała uliczka koło Skweru Kisiela) zaparkowała pani (suvem, a jakże) centralnie na przejściu dla pieszych. Nie ma tam pasów, ale z jednej strony jest chodnik i z drugiej też, nie trudno sobie więc wyobrazić, że ktoś mógłby chcieć tamtędy przejść. To akurat częste w tym miejscu, ale ta pani wpędziła mnie w zdumienie. Na uliczce bowiem nie było ani jednego samochodu, wystarczyło więc, że pani zatrzymałaby suva 1,5 metra dalej. Ale po co, w końcu poszła tylko po bułeczki. I tylko dwie osoby musiały ją minąć.
Potrzebny nam więc wielopoziomowy parking za grube miliony, czy może przydałoby się trochę pochodzić? Może przyjechać do pracy rowerem? Nic się też nie stanie, jak przybędzie nam trochę kultury. A jak nie to gmina wszystko osłupkuje.