Hedonistyczny materializm

0
738

To się zazwyczaj zaczyna kiedy na pierwszym USG usłyszymy bicie serca. Najpierw wzruszenie (ja się poryczałam na pierwszych światłach za przychodnią), potem poinformowanie najbliższych, a potem planowanie (kupowania).
Jakie łóżeczko, jaka karuzelka nad łóżeczko, przewijak, komódka, wózek i ubranka. Po 9 miesiącach, kiedy to bicie serduszka objawia nam się jako dwie nóżki, dwie rączki, korpusik i główka, mamy jakieś dwie tony ubranek, super hiper wózek koniecznie 3w1 (z oszczędności, żeby nie kupować dodatkowo spacerówki, którą potem i tak kupujemy, ponieważ ten nasz super hiper wózek waży z rocznym niemowlakiem ze sto kilo), bujaczki, książeczki, karuzelki, zabawki do kąpieli i zestaw zabawek edukacyjnych, w tym grzechotki i matę edukacyjną.
Przez pierwszy rok pojawia się (nie wiadomo skąd) w naszym pudle na zabawki bardzo wiele nowych rzeczy. Na pierwsze (!) urodziny dzieci dostają niezwykłą ilość prezentów. Potem na gwiazdkę. Na zajączka! Na Dzień Dziecka. No i obowiązkowo jak ktoś wpada z wizytą. Jeżeli rodzice są towarzyscy to dwulatek ma już kilka pudeł zabawek. Co złego jest w zabawkach – zapytacie. Odpowiem, że nic. Tylko ilość i powód, dla którego kupujemy te zabawki, są złe.
Hedonistyczny materializm to w skrócie uznanie konsumpcji za wyznacznik jakości życia. Termin w odniesieniu do zabawkowego szału użyty na wyrost, ale coś w nim jest, przyznacie. Znam kilka osób, których dzieci mają potworną, ogromną wręcz ilość zabawek. W żłobku mojej córki nie ma tylu. Kiedy mój wzrok pada na owy pokój (co prawda jest to wzrok pełen zadowolenia, bo wiem, że moja córka, kiedy zacznie buszować po takim pokoju, to na godzinę zapomni o mnie) tłumaczą się zazwyczaj, że nie ma ich w domu i tak to dziecku poprawiają jakość życia. Czytałam na jakimś forum, że tata codziennie (!) po przyjściu z pracy wręczał dziecku jakąś rzecz, małą co prawda, ale 5 rzeczy tygodniowo?
Poza rekompensatą braku mamy lub taty, lub mamy i taty, chcemy żeby te nasze dzieci miały lepiej niż my. Tylko czy nam było aż tak źle bez tych zabawek, żeby obrzucić nimi dziecko?
Po pierwsze dziecko, jeżeli dostaje prezent z byle okazji, to po prostu przestaje się cieszyć, bo uznaje to za oczywistą oczywistość. Należy mu się. Po drugie w przestrzeni naszego dziecka następuje chaos, który jest zły dla nas, ale dla kilkulatka, nie mówiąc o niemowlaku, to jest zupełny dramat, bo on nie potrafi się wyciszyć albo zrelaksować. Nie wspomnę już o grających pierdółkach, które należy tylko nacisnąć, żeby się coś zadziało. Ani to kreatywne, w dodatku niebezpieczne (brytyjski instytut badań nad głuchotą stwierdził, że 8 na 15 grających zabawek emituje zbyt głośne dźwięki, co może spowodować uszkodzenie słuchu!). Ku mojemu szczęściu na pewnej imprezie dziecko czteroletnie dostało kilka zabawek, w tym wszystkie raczej drogie, interaktywne, edukacyjne i na pewno nieekologiczne. No i to dziecko kochane wzięło pudło po jednej z zabawek i bawiło się nim cały wieczór. No i po co kupujemy dziecku pieska za 150 zł, który po naciśnięciu odpowiedniej części ciała, powie łamaną polszczyzną, że to brzuszek albo nóżka? Czemu nie damy dziecku pacynki i sami nie powiemy mu, gdzie pacynka ma nos (i nie mówcie, że pacynka nie ma nóg, więc dziecko nie dowie się nigdy co to noga)?
W szkołach jest coraz więcej dzieci, które mają coraz mniej wyobraźni. To jest oczywiście wina także bajek w TV jako alternatywy do czytania bajek w książce. Ale na pewno otaczanie zabawkami interaktywnymi, które robią wszystko za te dzieci, rozwijaniu dziecięcej wyobraźni nie pomaga. A nawet pięknymi, prostymi drewnianymi zabawkami. Jeżeli nasze dziecko ma tego dziesiątki, to jak ma się nudzić i zacząć kombinować?
Tylko że my nie chcemy wcale, aby dziecko kombinowało, prawda? Nie chce nam się zwracać uwagi w kółko, siedzieć i się nim zajmować. My mamy tyle ważnych rzeczy do zrobienia, więc niech napieprza w to pianinko bezmyślnie, a my sobie odpoczniemy… Możliwe też, że zamiast odpocząć, zwariujemy od tego chińskiego dźwięku.
Robimy dziecku krzywdę. I sobie. Wydajemy mnóstwo pieniędzy, uczymy to dziecko nasze, że mu się należy, należy, należy… Że za wszystko, a nawet bez powodu, otrzymuje nagrodę. Nie nudzi mu się, więc nie radzi sobie z nudą. Nie kombinuje, tylko sięga po gotowe rozwiązania. Coś nam to mówi, prawda?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię