Guzik, nie luzik

137

Rano budzik, jak każdego dnia roboczego, wydarł się, ile sił w bateriach. Młócąc na oślep udało mi się dwa razy przestawić na zegarku datę, dopiero za trzecim razem trafiłam w odpowiedni guzik i budzik zamknął pysk.

Za dużo guzików. Zdecydowanie za dużo guzików. Jak wszędzie. Naszym życiem rządzą guziki. Chcesz się napić coli – podchodzisz do automatu, naciskasz guzik i puszka wypada. Chcesz kupić bilet na autobus – identycznie. Szyby w samochodach też opuszcza się guzikiem. Jakby pokręcenie starą, dobrą korbką wymagało od nas za dużo uwagi i wysiłku.
Ja rozumiem – oszczędność czasu. No tak. Cały czas oszczędzamy czas, gdzie tylko się da. Ostatnio widziałam w sklepie coś, co nazywało się „go–gurtem”. Taki jogurt w tubce, który możesz zjeść nawet jadąc na rowerze. Bo przecież zjedzenie zwykłego jogurtu zabiera takie ilości czasu…

„Halo…? O, cześć Tomek! Do kina? O rany, strasznie chciałam zobaczyć ten film, ale właśnie otworzyłam sobie jogurt, więc nie bardzo mam czas… No nie wiem, to taki z kawałkami owoców, cały wieczór mam z głowy…”.

Jednocześnie ciągle nie mamy czasu. Guziki przyspieszają nasze czynności, więc powinniśmy mieć coraz więcej wolnego czasu, tymczasem mamy go coraz mniej. Kiedy zsiedliśmy z koni i podróż do Gdańska zaczęła zabierać 8 godzin zamiast trzech dni, w naszych kalendarzach zaczęły pojawiać się białe plamy. I zaczęliśmy je skrupulatnie wypełniać. Skończyłam sprzątać wcześniej niż planowałam, więc jeszcze skoszę trawę. Zrobiłam to, co miałam do zrobienia nieco wcześniej, więc mogę się zabrać za to, co planowałam na jutro, dzięki czemu jutro zrobię to, co planowałam na piątek i w ten sposób piątek będę miała swobodniejszy. Oczywiście, piątek nie będzie swobodniejszy, bo w międzyczasie wpadnie tysiąc nowych spraw.
I cały czas coś tracimy.

Kiedyś były walkmany. Człowiek wrzucał do niego kasetę, na kasecie była ograniczona liczba utworów, a ile kto kaset miał przy sobie – to już inna kwestia. I nie przewijało się utworów, bo szkoda było baterii, a mało komu chciało się iść ulicą i przewijać kasetę ołówkiem. Słuchało się wszystkiego po kolei. Nie mówiąc już o tym, że żeby sobie taką kasetę nagrać, czuwało się godzinami przy radiu. Teraz ściągamy z sieci całe albumy, wrzucamy na iPoda 4 GB muzyki (czyli jakiś tysiąc kawałków), nie przywiązując zbytniej wagi do tego, co tam ląduje, bo przecież jak się piosenka nie spodoba, to wystarczy nacisnąć jeden guzik i po sprawie. Kurde, kiedyś człowiek, zanim wyszedł z domu, bardziej myślał o tym, jaką kasetę wrzucić do torby, niż jakie buty założyć. Bo przecież to była sprawa życia lub śmierci – mieć właściwą ścieżkę dźwiękową!

Z drugiej strony, nie ma się co dziwić. Żyjemy szybciej, myślimy szybciej, czujemy szybciej. Ścieżka dźwiękowa musi się zmieniać z równą naszej dynamiką. Więc jaki jest sens wychodzić rano z Lubomskim, jeśli już po południu czuję się jak Nosowska, a wieczorem to tylko Brubeck? Sama mam konkretne ścieżki dźwiękowe, uzależnione od tego, co mam właśnie do zrobienia – od Sigur Ros, przez ZAZ, po Prodigy. Do spania sprawdza się Leonard Cohen, ale ostatnio całkiem nieźle radzi sobie Marek Kondrat – choć ten nie śpiewa, a czyta mi do poduszki.

Nie mogę zatem narzekać na możliwości, jakie daje mi iPod. Może i guziki nie są takie najgorsze.

Nawet jeśli tęsknię za ołówkiem.