Gorzka pigułka

Świat obiegła dramatyczna informacja – oto Facebook, największy portal społecznościowy, udostępniał dane użytkowników na zewnątrz, pośrednio przyczyniając się m.in. do manipulowania wynikiem wyborów prezydenckich w USA.

 

Ponad 2 miliardy ludzi na świecie ma konto na Facebooku. To potężna baza danych, do której codziennie trafiają nowe materiały. Nic więc dziwnego, że dostęp do nich stanowi łakomy kąsek – wszak która firma nie chciałaby znać dokładnych preferencji klienta, by móc zaproponować (i sprzedać) produkt szyty na miarę?

Oczywiście sprzedaż naszych danych bez naszej wiedzy i zgody to poważne wykroczenie i nic nie usprawiedliwia zarządu Facebooka, który powinien ponieść surową karę za to, co się wydarzyło. Musimy jednak i my – użytkownicy tej platformy – wyciągnąć z tej lekcji ważne wnioski. Skąd bowiem Facebook tak dobrze nas zna? Przecież nikt nie zapukał do naszych drzwi z pytaniem, jaki film ostatnio oglądaliśmy, ile mamy dzieci i jaki jest nasz ulubiony kolor. Wszystkie te informacje dobrowolnie zamieściliśmy na stronie do publicznego wglądu. Mimo ostrzeżeń wciąż nie rozumiemy niebezpieczeństw czyhających w sieci. Wystarczy kilka minut spędzonych na Facebooku, by dowiedzieć się, że sąsiad właśnie wyjeżdża na wakacje, koledze urodziło się trzecie dziecko, a człowiek, którego kiedyś poznaliśmy na imprezie, dostał awans. Te informacje z pozoru wydają się niewinne, ale kiedy zbierzemy wszystkie dane, jakie udostępniamy na portalu, i złożymy je razem jak puzzle, z tej układanki wyłoni się znacznie szerszy obraz, który może nas zaskoczyć – i przerazić – szczegółowością.

Do tej pory ostrzegano nas – nie informuj całego świata, że wyjeżdżasz na urlop, bo może się o tym dowiedzieć złodziej, który pod twoją nieobecność ogołoci twój dom. Nie udostępniaj publicznie zdjęć swoich dzieci, bo w sieci może czaić się pedofil. Wiele osób rozumiało zagrożenia płynące z przesadniego ekshibicjonizmu w Internecie, jednak gros użytkowników wciąż lekceważy te niebezpieczeństwa. Teraz świat dowiedział się o kolejnym – uważaj, co udostępniasz, bo nigdy nie wiesz, kto jest gotów kupić informacje o tobie. Nasze wspomnienia, uczucia i doświadczenia stały się towarem.

Co więc możemy zrobić, by zminimalizować ryzyko?

Zastanówmy się kilka razy, czy to, co zamierzamy umieścić w Internecie, powinno się tam znaleźć. Kto to przeczyta? Kto może to przeczytać bez naszej wiedzy? Czy na pewno wiem, co udostępniam?

Dajmy sobie spokój z pozornie niewinnymi quizami i psychotestami, które pod przykrywką zabawy stanowią nadzwyczaj proste narzędzie do badania naszych przyzwyczajeń w sieci. A przede wszystkim mówią wiele o naszej naiwności.

Wreszcie: przeczytajmy warunki użytkowania portali, z których korzystamy. Już tam zwykle można znaleźć informację o prawach i obowiązkach użytkownika i administratora. Szczególnie zachęcam do tego osoby, które wierzą, że zamieszczenie notki o braku zgody na wykorzystanie zdjęć i informacji zamieszczonych w portalu cokolwiek zmieni w sposobie zarządzania danymi.

Wszyscy znamy te formułki pojawiające się w reklamach wyrobów medycznych: „Przed użyciem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą…”. Warto tę zasadę zastosować również w naszym życiu w sieci: kierować się zdrowym rozsądkiem i podejmować decyzje w oparciu o rzetelne informacje.

Jeśli się tego nie nauczymy, musimy liczyć się z tym, że pewnego dnia przyjdzie nam przełknąć bardzo gorzką pigułkę.