Dziecko w sieci

162

W latach 90. przeczytałam książkę „Powrót do przyszłości”, potem obejrzałam film. Marty McFly w jednej z części ląduje w przyszłości. 21.10.2015. Tydzień temu. Czytając tę książkę – w sumie pierwszą w moim życiu grubą książkę nie będącą lekturą – dzień, w którym Marty wylądował, wydawał mi się tak odległy, że nieosiągalny. Tyle że dzisiaj wydaje mi się, jakbym ją czytała wczoraj.
Dzisiaj moja znajoma – żona powiedzmy osoby publicznej – udostępnia zdjęcie, które wstawiło przedszkole, do którego chodzi jej (ich) córka. Widzę jej buzię doskonale widoczną, w tym nazwę przedszkola. Ja – koleżanka sprzed 20 lat!
Przyjaciółka opowiada mi, że kuzynka jej męża wstawiła zdjęcie rodziny, z czteroletnią córką rozebraną od pasa w dół.
Moja koleżanka począwszy od pochwalenia się na Facebooku zdjęciem USG 3D (na którym każde dziecko wygląda jak potwór) wstawia tryliard zdjęć dziecka: ze spaceru, z pierwszego ząbka, z pierwszego kroczku, z pierwszych urodzin, drugich urodzin no i z pierwszej marcheweczki.
Żadne z tych dzieci nie ma dzisiaj 5 lat. Ale tak szybko, jak przyszedł w moim życiu dzień lądowania Martiego McFly w Hill Valley w Kalifornii w 2015 roku, tak szybko nasze dzieci będą chodzić do szkoły, na studia, będą mieć dziewczyny, chłopaków, przyjaciół, wrogów i będą ubiegać się o pracę. Dzisiaj działy HR w firmach oceniając kandydata, przekopują internet. Dzisiaj wyszukiwarki potrafią znaleźć człowieka po twarzy. Co będzie za 20 lat?
Za 20 lat szef dostanie na biurko razem z CV kandydata jego zdjęcie z okresu niemowlęctwa jak to upaćkał się marchewką oraz zdjęcie jak biegał po plaży z gołym siusiakiem. Jeżeli nasze dziecko będzie się ubiegało o pracę na kasie w Biedronce, to luz. Ale jeżeli wizerunek naszego dziecka będzie istotny w pracy, to szef będzie miał świadomość, że skoro jego HR to znalazł, to znajdzie to każdy inny.
Wcześniej wygrzebią to dzieci ze szkoły (zapewne dwa razy szybciej niż HR), a dzieci są okrutne. Nie mamy pewności czy nasze dzieci będą tak lubiane, że nikt się nie będzie śmiał. Nie wiemy także, jaką psychikę ma ten bobas co ukazuje nam się jako potwór z brzucha mamy dzięki zaawansowanej technologii USG 3D.
Poza nadszarpnięciem wizerunku przyszłego pana prokuratora – a jak zostanie kozłem ofiarnym w szkole, to ma duże szanse – będzie się uczył zamiast szlajać z kolegami – to zanim nim zostanie, grozi mu np. porwanie lub pedofilia. Jasne! Przecież ustawiamy prywatność i widzą to tylko nasi znajomi. Cóż z tego skoro mamy kilkuset znajomych – nawet jeżeli ich znamy, to nie widzieliśmy niektórych od 15 lat, a wiemy przecież z mediów, że pedofilem często okazują się osoby bliskie, nie mówiąc o dalszych.
Czy ja przesadzam? W większości przypadków na pewno, ale czy zaryzykujecie? Sama wstawiłam kilka zdjęć. No nie mogłam się powstrzymać, więc rozumiem to zjawisko. Nie zrozumiem za to nigdy wstawiania zdjęć dzieci w kostiumach, nagich, upapranych żarciem. Nie zrozumiem podawania danych takich jak nazwa przedszkola, do którego dziecko chodzi. Tzn. rozumiem. Nie jesteście, moi drodzy znajomi wstawiający takie zdjęcia, tak popaprani, żeby przyszło wam do głowy, że ktoś inny jest. Tylko czy naiwność uchroni wasze dziecko?
Jasne. Ja też chodzę z dzieckiem na basen czy na plac zabaw. Wiem, że jak ktoś chce, zrobi mu zdjęcie, nawet w samej pieluszce – chociażby na basenie. Tylko po co mu ułatwiać? Niech wylezie z domu, skoro taki odważny do oglądania zdjęć w necie. 90% odpadnie, bo są odważni w domu, jak nikt nie widzi.
Wracając jednak do rówieśników. Żaden z nich nie zrobi zdjęcia naszemu niemowlakowi na basenie, bo sam nim jest, chętnie jednak wydrukuje takowe z netu za 15 lat i wszystkim pokaże. Jeżeli ubraliśmy 3-miesięczną córkę w kostium to pół biedy. Ale jeżeli nasz nastolatek jako niemowlak biega po domu z gołym siusiakiem wysmarowany na twarzy czekoladową kaszką (choć przyznam, że ta kombinacja to wytwór mojej chorej wyobraźni bo aż tak hardkorowych znajomych nie mam) no to zgotowaliśmy mu niezły pasztet.