Długi Prochowiec

60

Uciekł mi autobus. No dobrze, oddam sprawiedliwość kierowcy – autobus pewnie był punktualnie, a to ja się spóźniłam.

Ciężko zresztą stwierdzić, ponieważ jesienne chłody najwyraźniej dały się we znaki lokalnym mieszkańcom i zmusiły ich do wykorzystania rozkładu jazdy jako rozpałki. Z nadpalonej, okopconej tabliczki ciężko było wywnioskować, kto był punktualny – ja czy ZTM. Fakt pozostaje faktem – kiedy dotarłam na przystanek, ogon autobusu znikał już za wzniesieniem na horyzoncie.
Na szczęście popołudnie było ciepłe, a ja wracałam już do domu, więc nie gonił mnie żaden termin i nie musiałam się spieszyć. Wyciągnęłam z plecaka książkę i pogrążyłam się w lekturze w oczekiwaniu na następny transport. Zanim dotarłam do końca trzeciej strony, na przystanku pojawił się pan w długim prochowcu i średnim wieku.
– Ech – westchnął Długi Prochowiec po pięciu minutach. Pojedyncze westchnięcie zwykle zawiera zbyt mało danych, by wywnioskować powód, kontekst i adresata, zignorowałam je więc, nie odrywając się od lektury.
– Mhm – dobiegło mnie po kolejnych dwóch minutach. Przewróciłam stronę książki.
– No tak to właśnie jest. – O, pojawiła się artykulacja, więc można założyć, że mój przystankowy współstacz szuka interakcji. Podniosłam wzrok i uśmiechnęłam się do Prochowca. Wyraźnie na to czekał.
– Jeżdżą jak chcą te autobusy – zagaił. Przytaknęłam grzecznie, co go rozochociło. – Ale zobaczy pani. Jak skończą z tymi złodziejami, to wezmą się i za autobusy.
O w mordę. Człowiek stoi sobie spokojnie na przystanku, czyta w ciszy książkę, a tu przychodzi taki Prochowiec i wali polityką w dziób. Bo że o politykę chodzi, to łatwo wywnioskować – temat tak powszechny i popularny, że nawet nie trzeba dopytywać, co to za złodzieje i kto z nimi skończy i weźmie się za transport publiczny. Nie lubię być wciągana w przypadkowe dysputy na ciężkie tematy, więc pochyliłam znów głowę nad książką, sygnalizując brak chęci do konwersacji. Ale było za późno. Prochowiec był już gotów plunąć ogniem ze wszystkich dział i ewidentnie miał gotowy scenariusz rozmowy, bo w moje milczenie wpisywał sobie kontrargumenty do własnej tyrady.
– Pani młoda, to skąd może pani wiedzieć. Tyle lat nas okradali, każdy byle nażreć się w korycie, a zwykłych, ciężko pracujących ludzi, każdy miał w dupie! Ta komuna to się nigdy nie skończyła. Co pani może wiedzieć o komunie, pani młoda! No ale to się zmieni. Dorwą ich wszystkich. Ja to bym wieszał, proszę pani. Karę śmierci trzeba przywrócić. Na tych złodziei wszystkich.
Prochowiec urwał dla nabrania oddechu i dostrzegłam szansę na zepchnięcie jego zakorkowanego złodziejami umysłu na inny tor.
– A tak właściwie orientuje się pan, o której teraz będzie autobus? Bo rozkładu nie ma, a już chwilę czekamy, pewnie zaraz będzie, nie? – zagaiłam prędko.
– A to pani nie wie, kiedy autobus?! Zobaczyłem, że pani stoi to przyszedłem, bo pomyślałem, że skoro pani czeka, to zaraz będzie.
Kiedy autobus wreszcie przyjechał, uciekłam na drugi koniec.