Przestrzeń wyborcza

109

Zbliżające się wybory i trwająca dookoła kampania wyborcza nie pozostają bez wpływu na otaczającą nas przestrzeń, która staje się teraz przestrzenią wyborczą.

To nie tylko – jak mogłoby się wydawać – plakaty na słupach i ulotki w skrzynkach. Jeżdżące reklamy i baner kandydatów to jedno, rozmowy z bliskimi i znajomymi czy informacje, którymi coraz szczelniej wypełnia się Internet, to drugie.

Czyja szkoła?

Najlogiczniejszym i dosyć często spotykanym miejscem, w którym kandydaci prezentowali się wyborcom były szkoły, wielu z nas zapewne pamięta debaty organizowane wieczorami w budynkach służących oświacie. Tymczasem w tym roku, zgodnie z dokumentem, który dotarł do dyrektorów szkół, burmistrz Zdzisław Lis informuje, że placówki oświatowe nie służą do agitacji politycznej, tylko do celów wychowawczo-oświatowych. Jednak decyzję w sprawie ich udostępnienia pozostawił w gestii dyrektorów szkół.
Szkoła – czy to się komuś podoba czy nie – miejscem „związanym” z polityką, czy może samorządem, będzie zawsze. To tu odbywają się spotkania z burmistrzami czy starostami, zebrania wiejskie, czy inne spotkania lokalnej społeczności. Szkoła pełni w niej zawsze ważną funkcję a wyrugowanie jej z życia mieszkańców przypomina walkę z wiatrakami.

Oczywiście, nikt z kandydatów nie będzie raczej przeprowadzał o godzinie 10.30 rano akcji agitacyjnej wśród zerówki i klas pierwszych. Szkoła jest tu swoistym narzędziem, obiektem, miejscem, w którym pod dachem i w cywilizowanych warunkach, z dostępem do wody i prądu, może spotkać się w ważnej dla siebie sprawie lokalne grono. Tak czy owak jednak – przynajmniej na czas obecnej kampanii samorządowej – spotkania z kandydatami będą musiały odbywać się gdzie indziej.
Możemy się spodziewać zarówno kolejnych, zgłaszanych odpowiednim służbom zgromadzeń publicznych, organizowanych w przestrzeni miejskiej, jak też spotkań mniejszych, doraźnych – u kogoś w domu czy w ogrodzie, na klatce w bloku, na ulicy w mieście. Kampania to wszak nie tylko wielkie wiece i imprezy, to także – a może przede wszystkim – jedna z niewielu zazwyczaj okazji na bezpośredni kontakt (potencjalnego) przedstawiciela władzy z wyborcą. Warto z niego skorzystać, taka okazja prędko się nie powtórzy.

Spotkanie z…

Z potencjalnymi burmistrzami i radnymi spotykać się za to będziemy – chcąc nie chcąc – na trasach codziennych przejazdów w każde, dowolnie wybrane miejsce w gminie i w powiecie. Bilbordów szczęśliwie nie ma w naszej okolicy aż tyle, aby mogły zdominować przestrzeń publiczną, zwłaszcza, że na wielu z nich pozostaną rozmaite sieci handlowe i produkty w niesamowitych promocjach. Z pewnością pojawią się za to banery reklamowe komitetów i kandydatów.

To niesamowite, ile energii potrafimy jako mieszkańcy (bo przecież nie robią tego Marsjanie) włożyć w niszczenie podobizn osób, które legitymują się innymi poglądami niż nasze. Co wybory – samorządowe, parlamentarne, prezydenckie – dorysowujemy wąsy, okulary lub genitalia, tniemy, niszczymy, zrywamy. Wszystko w imię jakiejś chorej niechęci, nienawiści, emocji, która każe nam w każdy możliwy do zrealizowania sposób „walczyć z wrogiem”.

Niestety, efekty takich „poprawek” nie zmieniają – niejako przy okazji – w pozytywny sposób estetyki poszczególnych miejsc, a szkoda.

Kandydaci, niczym bombki na choince, oblepiają też większość możliwych słupów, tablic i drzew, do których da się przykleić plakat lub umocować kawałek tektury z podobizna, mającą zachęcić nas do głosowania. Pomijając nawet wątpliwą estetykę większości z tych wyrobów, warunki atmosferyczne i możliwie tani materiał – a więc także mocno tymczasowy – sprawiają, że niektóre plakaty już po kilku dniach stają się wręcz antyreklamą.

Na wypadek, gdybyśmy nie natrafili na podobizny naszych ulubieńców w przestrzeni miejskiej, zajmują oni też większość przestrzeni dostępnej w ramach skrzynek na listy. Ilość papieru, którym jesteśmy atakowani, potrafi niekiedy przyprawić o zawrót głowy. Jedynym plusem zaistniałej sytuacji jest fakt, że tu – poza wyretuszowanym elektronicznie zdjęciem jego bądź jej – odnajdziemy czasem jakieś zręby merytoryki, programu, pomysłu, doświadczenia danej osoby. To często jedyne źródło informacji, które – poza emocjami – pomagają nam podjąć decyzję nad urną. Ulotki są szczęśliwie dosyć mało uciążliwe – możemy je wykorzystać czy to jako rozpałkę w kominku (z radością patrząc, jak konkurencyjny szyld trawią płomienie), czy zwyczajnie wrzucić do worka na odpady surowcowe – i wtedy, po długim procesie technologicznym, jest z tych ulotek jeszcze jakiś pożytek.

W poniedziałek

Po niedzielnych wyborach przestrzeń dookoła nas, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmienia się nie do poznania. Bilbordy i banery kandydatów, którym się nie udało, stają się nagle grubymi setkami i tysiącami złotych wyrzuconych w błoto. Dosłownie. Plakaty, które jeszcze wczoraj zapraszały do głosowania na najlepszego z kandydatów, dziś namiękły, odpadły od mocujących je do słupów tekturek, leżą w błocie na poboczu drogi, walają się po chodnikach targane jesienny wiatrem.

Część komitetów – w poczuciu porządku i elementarnej przyzwoitości – posprząta po sobie pozostałości kampanii. Inni, wychodząc z założenia, że skoro przegrali, nie są już do niczego zobligowani, zostawią swoje podobizny na wieczne niesprzątnięcie. Pozostanie po nich ulotne (zależnie od jakości wykonanych materiałów) wspomnienie, a przestrzeń dookoła nas z wyborczej zmieni się w codzienną – mniej lub bardziej szarą bądź kolorową.