UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Zofia i Stefan

Oceń ten artykuł
(18 głosów)

Od ponad pół roku od wywiadu z panami Jackiem i Marcinem Żeglińskimi nie byłam w stanie zabrać się do napisania tej historii.

Wielość interesujących wątków z życia Zofii i Stefana i przede wszystkim mój ogromny szacunek dla tych dwojga niezwykłych ludzi paraliżował mnie i jedynie w mojej wyobraźni przesuwały się obrazy z mojego życia, w których głównymi bohaterami byli – Ona, moja polonistka ze szkoły podstawowej nr 5 w Piasecznie, i On, znakomity chirurg ze szpitala przy ulicy Mickiewicza w Piasecznie, który stanowczą decyzją być może uratował kiedyś moje zdrowie. Polonistkę Zofię Żeglińską poznałam w połowie lat 60. XX wieku w dzień otwarcia nowej szkoły, doktor był znany w całym mieście, odkąd pamiętam.
Dom przy ulicy Kniaziewicza w latach 60. XX wieku był jednym z najciekawszych budynków pod względem architektonicznym w Piasecznie. Wybudowany w stylu dworkowym w roku 1926 przez rodziców Zofii w obszernym ogrodzie sięgającym granicami od ulicy Bema do ulicy Kniaziewicza. W 1936 roku Zosia i Stefan wzięli ślub, ale najpierw były zaręczyny. Dość oryginalne. Młodzi wymienili między sobą nie pierścienie, lecz... wieczne pióra. Po ślubie zamieszkali w Warszawie przy parku Dreszera. W kampanii wrześniowej 1939 roku doktor Stefan Żegliński został przydzielony pod dowództwo gen. Kleeberga. 6 października po czterogodzinnych walkach z Wehrmachtem pod Kockiem gen. Kleeberg złożył broń jako ostatni polski generał w kampanii wrześniowej. Doktor Żegliński wrócił z frontu do Piaseczna 18 października, w tym dniu przyszedł na świat jego syn Jacek. Żeglińscy przenoszą się do Piaseczna na stałe. Stefan przez cały tydzień pracuje w szpitalu przy ulicy Kopernika w Warszawie, dojeżdża na niedzielę do domu. 1 sierpnia 1944, w dniu wybuchu powstania, szpital jest przygotowany do przyjmowania rannych, jednak ich liczba zmusza dowództwo do rozszerzenia placówki na dom przy ulicy Konopczyńskiego. Doktor Stefan Żegliński zostaje komendantem tej placówki.
Po latach polonistka Zofia będzie nam opowiadała na lekcji języka ojczystego o rannych powstańcach, jak bardzo cierpieli. Opowiadała o operacjach, w czasie których obok szpitala spadały „szafy”, na sali operacyjnej na otwarte rany sypał się tynk z sufitu, a chirurg pan Żegliński cierpliwie kontynuował zabiegi. We wspomnieniach personel powstańczego szpitala pisze o swoim dowódcy, że był bardzo odważny, nigdy nie spanikował, spokój, jaki go cechował, zdumiewał obserwatorów. Gdy do szpitala wszedł Wehrmacht, wszyscy byli przekonani, że zostaną rozstrzelani. Doktor odbył rozmowę z dowódcą oddziału niemieckiego, znał doskonale język niemiecki. Okazało się, że Niemiec jest z zawodu farmaceutą. I dogadali się jak chirurg z aptekarzem. Jedni sądzili, że to charyzma doktora uratowała życie pacjentom i personelowi, wieść też niosła, że to zapasy koniaku z piwnicy, zaanektowane przez doktora na czarna godzinę, inni twierdzą, że to wcale nie był koniak, tylko... rum. Szpital (300 rannych) ewakuowano z Warszawy.
Zofia, niewysoka, energiczna, zgrabna, elegancko ubrana, lubiła szare „ołówkowe” spódnice tuż za kolano i pastelowe wdzianka. Wdzianka szalenie modne w latach 60. XX wieku nazywane „bliźniak”, czyli bluzka i sweter z dzianiny w tym samym kolorze. Taką ją zapamiętałam. Nigdy nie podnosiła głosu. Wchodząc do sali lekcyjnej, samym swoim pojawieniem się powodowała, że uczniowie milkli, grzecznie zasiadali w ławkach i z uwagą słuchali lekcji. Zapytała nas kiedyś: „Jak sądzicie, co jest bardziej zrozumiale dla ludzi na całym świecie, poezja Mickiewicza czy muzyka Chopina?”. Dla osoby dorosłej odpowiedź jest banalnie prosta. Dziecko zmuszone do analizy, poznaje świat. Dobry nauczyciel zadaje ciekawe pytania, zmusza do myślenia. Lubiła nam czytać książki w czasie lekcji, miała taki sposób przekazu tekstu, że w klasie panowała absolutna cisza i nawet dzwonek na przerwę nie był sygnałem do zakończenia lekcji. Każdy był ciekaw dalszego ciągu opowieści. Czytała nam na lekcji powieść Ireny Jurgielewiczowej „Ten obcy”. Emocje, jakie potrafiła wywołać w nas tym prostym teksem dla dzieci, tekstem o przyjaźni, uczciwości i miłości, wracają do mnie przez 50 lat. Nie rozpieszczała swoich uczniów, ale też darzyła ich dużym szacunkiem.
Mam nadzieję, że ktoś jeszcze pamięta akademie szkolne z tamtych lat, szczególnie te związane z tematem powstania warszawskiego? To był profesjonalny teatr! Z kostiumami dopracowanymi do ostatniego szczegółu, z aktorami doskonale umiejącymi swoje role, recytującymi wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, bo ten twórca był wśród poetów największa miłością Zofii. Mówiła do mnie: „Nie rozumiesz tekstu, wczytaj się, zrozum jego (poety) uczucie gdy to pisze, precyzyjnie dobrane słowo opowiada o ukochanej kobiecie, to słowo jest tu nie bez powodu”. I do dziś pamiętam:
Stojąc przed lustrem ciszy
Barbara z rękami u włosów
nalewa w szklane ciało
srebrne kropelki głosu.*
Pytam pana Jacka Żeglińskiego, jak pamięta czas tuż po wojnie, co może opowiedzieć o rodzicach w tamtych mrocznych czasach.
Zofia w 1948 roku zostaje dyrektorką liceum w Piasecznie przy ulicy Zgoda. Trudny czas powojenny. W gronie uczniów jest wiele osób starszych, dorosłych. Jednym z nich jest uczeń należący do ORMO. Powstała w lutym 1946 roku na mocy uchwały Rady Ministrów paramilitarna organizacja była podporządkowana Ministerstwu Bezpieczeństwa Narodowego i co za tym idzie lokalnym jednostkom UB. Uczniowi wypada w szkole na podłogę pistolet. Najprawdopodobniej jest to prowokacja. Dyrektorka szkoły pani Żeglińska ma obowiązek zgłosić ten fakt władzy, co też czyni. Paradoksalnie to właśnie po nią przyjeżdża UB i zamyka w warszawskim areszcie. Ktoś, kto orientuje się w realiach tamtych czasów, wie, że to jest bardzo poważna sytuacja. Po Zofię do ubeckiego aresztu jedzie mąż. Pełni już wtedy funkcję dyrektora szpitala, jest niezastąpionym lekarzem chirurgiem. Jego stanowcza postawa ratuje Zofię. Wracają razem do domu.
System pracy doktora w Piasecznie był ścisłe ustalony od początku istnienia szpitala (tuż po wojnie). Udawał się do pracy na godzinę 9.00, odbywał się obchód, konsultacje, wracał do domu na obiad, przyjmował pacjentów w przydomowym gabinecie, potem odbywał krótka drzemkę i wracał do szpitala. Napięcie prądu po południu było lepsze niż rano i można było robić planowe operacje. Wieczorem doktor sam wywoływał zdjęcia rentgenowskie. W ciągu dnia, gdy była pilna potrzeba, a doktora w tym czasie nie było w budynku przy Mickiewicza, dzwoniono do domu. Doktor po chwili, początkowo motocyklem, potem samochodem dekawką i w końcu „Warszawą”, dojeżdżał do pracy. Często wracał nad ranem około 3.00. Indagowany, aby koniecznie zapisał się do partii, zawsze odpowiadał: „Nie mogę, bo urodziłem się w Ameryce”.

*„Biała magia” K.K. Baczyński

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama