UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Wiosenna podróż pana Chłopickiego, część 2

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

Jest wiosna 1871 r. Pan Edward Chłopicki wjeżdża powozem do Góry Kalwarii; potem opisze swoją podróż niezwykle ciekawie i opublikuje w tygodniku „Kłosy”.

 

Jego opowieść zachęca do podróży i pierwszego dnia wiosny 2018 r. postanawiam pojechać śladem podróżnika. I oto jestem przed czerwonym murem ogradzającym Zakład Opieki Społecznej w Górze Kalwarii. Brama do ośrodka gościnnie otwarta, wprawdzie ze szlabanem i strażnikiem, ale wjechać można, nad bramą napis informujący iż zakład powstał w 1840 roku.

 To, co zobaczyłam, zrobiło na mnie duże wrażenie. Gospodarz tu nie lada jaki, wszędzie porządek, domy o bardzo ciekawej architekturze z zadbanymi elewacjami, stare drzewa zapraszają do fotografowania. Chłodne późne popołudnie nie sprzyja spacerom, więc pensjonariuszy w ogrodach niewielu. Być może to też czas kolacji i wszyscy – mieszkańcy i odwiedzający – schowali się w budynkach. Ciekawią mnie ludzie tu mieszkający. Pan Edward Chłopicki opisał to miejsce i ludzi tak plastycznie, że wyobraźnia czytającego uruchamia się w sposób magiczny, jak pasjonujący film.

Autor opisuje mazowieckie Jeruzalem szczegółowo, wybieram fragmenty z jego tekstu dotyczące przytułku, starając wyobrazić sobie, co mógł widzieć podróżnik w 1871 r., przejeżdżając przez miasto. Na pewno nie było jeszcze budynków koszar przy ul. Aleksandryjskiej (dziś ul. Dominikańska) i części budynków z terenu Domu Przytułku Starców i Kalek – te powstały dopiero w około 1910 r. Czerwony mur postawiono dużo później. Podróżnik tak opisuje ulicę Senatorską (dziś ul. ks. Z. Sajny):

„(...) tu się spostrzega ozdobną, świeżo pobudowaną cerkiew, obszerne koszary wojskowe, kościół pobernardyński z przestronnymi murami klasztoru, aptekę i widok ze szczelin ulicznych na cudną okolicę nadwiślańską. Warszawską, dawniej Dominikańsko-Pijarską ulicę, kędy obecnie szosa przechodzi, uważać można za pryncypialną w Górze. Tutaj się skupiły na raz: kilka mieszkań urzędniczych, biuro pocztowe, restauracja, jedyny zajazd i najpierwsza miasta ozdoba, dom przytułku dla starców i kalek. Do tego właśnie Domu przytułku zwróciliśmy nasze kroki. Znany mi osobiście jego nadzorca, p. Moruczewski, chętnie i z zaszczytnej go strony rekomendującą uprzejmością, poświecił godzinkę czasu na oprowadzenie mnie po wszystkich zakątkach obszernego zakładu. Gmach ten, po skasowaniu Pijarów, obrócony był początkowo na koszary, a następnie przez sprowadzonego z Warszawy architekta Malcza, przerobiony na filantropijny instytut. Główny jego budynek składa się z trzech części: środkowa, w stylu włoskim, mieści w solidnie obdarzoną przez ks. Augustową Potocką ładnym obrazem i ornatami kaplicę, mieszkanie kapelana, salę jadalny, biuro zarządu, mieszkanie dwóch urzędników i w suterenach kuchnie. Prawy pawilon, mniejszy od lewego i lokujący w sobie płeć żeńską, składa się z kilku sal, miedzy którymi sala paralityków wyróżnia się obszernością i żelaznymi podpierającemu sufit słupami. W lewym, złożonym z wielkiej liczby nieco szczuplejszego rozmiaru sal, mieszczą się kobiety, i ponieważ więcej ich tu jest niż mężczyzn, wiec obszerniejszy lewy pawilon mniej ma w swych salach niezajętych kątów. W ogóle oba boczne budynki lokują obecnie tysiąc osób, a miejsc w nich etatowych jest 200. Przeznaczona na roczne zakładu utrzymanie suma składa się z 7 tysięcy rubli wypłacanych ze skarbu z procentu od ulokowanych w banku zapisowych 37 tysięcy rubli i z niedużego legatu niejakiego Krzyżanowskiego, oraz Cieślewskiego dla 20 ociemniałych”. Pan Chłopicki, spacerując ze swoim przewodnikiem po salach przytułku, dostrzega wszędzie panujący ład i gospodarność, oraz co ważne – dbałość o pensjonariuszy. Czytamy: „Mieszkania i pokarm, dwa główne podobnej instytucji warunki, nie pozostawiają tu nic do życzenia. Każdy z przyjętych do zakładu, ma w salach, mieszczących po 6, 8, 10, a najwięcej 16 osób, malowane na ciemno drewniane łóżko, słomą wypchany siennik, oraz dwie poduszki, obszyte prześcieradłem szare samodziałowe kołdry i drewniane do umywania się naczynia. Pokarm jego składa się głównie z obiadu i półtora funta chleba dziennie. Na obiad ten trzy razy w tygodniu, t. j. w niedzielę, wtorek i czwartek, dostają pół funta wołowiny, ugotowanej z grochem, kartoflami i słoniną; w poniedziałek zaś, środę i piątek, zupę złożoną z kartofli, kaszy jęczmiennej i słoniny; w sobotę kaszę gryczaną ze słoniną. Obowiązki wkładane na większość przyjętych do zakładu osób są: odmawianie codzienne pacierza, uczęszczanie na nabożeństwo do miejscowej kaplicy, chodzenie w pewne dni roku do spowiedzi, umywanie się codzienne i ciągłe trzymanie się ochędożnie. Zajęcie ludzi cokolwiek zdolniejszych do pracy, jest, między kobietami szycie, pranie, reperacyj bielizny i służba w zakładzie; między mężczyznami — wyplatanie koszów, a niekiedy szewstwo i krawiectwo. Dla umiejących czytać i lubiących słuchać głośnego po salach czytania, prenumerują się dwa pisma; Opiekun Domowy i Przyjaciel Dzieci”. Pisarz spotyka tu wiele osób, które robią na nim duże wrażenie, najbardziej osiemnastoletnia dziewczyna o pięknej twarzy i kruczoczarnych włosach, mądrych oczach i martwej bryle ciała, niczym obalony z piedestału posąg. Młoda niewidoma dziewczynka, którą początkowo wziął za odwiedzającą. Złotowłosy mężczyzna o wyglądzie małego chłopca, bawiący się nasionami grochu, idiota o tajemniczym arystokratycznym pochodzeniu.

 Na koniec jeszcze jedne odwiedziny: „Przed opuszczeniem Instytutu, niezmordowany mój przewodnik zaprowadził mnie do kobiety, znanej tu ogólnie pod nazwą pułkownikowej, ją to właśnie uważam za ewenement z kolei, zakładu tego osobliwość. Spostrzegłszy nas, odłożyła robotę na stronę, zsunęła z oczu okulary i powitała nas grzecznie, lecz arystokratyczną prawie powagą. Ku wielkiemu mojemu zdziwieniu, przez kwadrans blisko mówiła ona nie tylko sensownie, ale z pełną najwykwintniejszych ozdób retorycznych wymowy. Treścią tego dyskursu, były wciąż prawie jakieś zamierzchłe z młodszych jej lat wspomnienia Anglii. Opowiadała ze szczegółową dokładnością podróż swą dawniejszą na mglistą wyspę Albionu; przypominała jak najdrobniejsze jej szczegóły w sposób wielce zajmujący i prawdopodobny. Wtrącane co chwila frazesa z obcych języków, świadczyły i o lingwistycznych jej w przeszłości nabytkach. Po półgodzinie, z pełną dowcipu i przytomności obłąkaną, biesiadowaniu, szepnąłem do ucha towarzyszowi memu, iż nie widzę dotąd ani śladu pomieszania zmysłów. Ledwom dokończył tych z cicha wymówionych słów, już się odwrotna strona umysłowych kobiety tej usposobień ukazała na dobre. Wyrwawszy mi z rąk czapkę, staruszka włożyła ją sobie na głowę, i wymawiając frazesa angielskich marynarzy, poczęła dowodzić, że była okrętowym majtkiem i odbywała z wojenną fregatą kampanię, przeciw zbuntowanym w 1773 r. kolonistom amerykańskim. Skończyło się na tem, że się za jakieś wymówione przez nas słówko obraziła srodze, i schowała się za piecem...Opuściłem Dom Przytułku ze ścieśnionym sercem, bo jeden z ostatnich, żyjących wizerunków staroświeckiej matrony, widziałem w stanie opuszczenia przez znajomych i krewnych, oraz smutnego obłąkania!”

I ja opuszczam teren Domu Opieki. Zafascynowana historią Góry Kalwarii i odkrywaniem ciągle ciekawych jej opisów i architekturą świadczącą jak wiele kultur miało wpływ na to miasto, jadę na dobrą kawę do Zalesia Górnego. Pan Chłopicki w innym czasie i rzeczywistości jedzie do Czerska.

  Małgorzata Szturomska

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama