UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Piaseczyńskie opowieści wigilijne

Oceń ten artykuł
(9 głosów)

 Otoczmy się magią świat Bożego Narodzenia i oddajmy głos mieszkańcom miasta.  

Wojciech – święta na ulicy Gruzowej.

Pani Małgorzato – pisze pan Wojciech – trochę mnie Pani rozmarzyła myśleniem o moich świętach na Gruzowej, bo to były moje indywidualne święta Bożego Narodzenia, a nie jakieś święta obchodzone już od dnia zmarłych. Jakie były pierwsze zwiastuny świąt? Babcia idąca na roraty! Później, gdy byłem starszy, zabierała mnie do kościoła, ale oczywiście żartowała, że żadnych świąt nie będzie. Taki przekaz dostawały dzieci. Od rozpoczęcia adwentu wstępował w nas pewien duch, byliśmy bardzo niespokojni, wręcz lekko zwariowani, bo przecież przyjdzie Mikołaj i przyniesie prezenty – bo bez prezentów nie ma świąt. Taką pierwszą oznaką, że jednak święta będą, było wyciąganie drewnianej niecki do wyrobu ciasta i makutry do ucierania maku. Babcia te naczynia mocno wyparzała a my już wiedzieliśmy, że święta będą, tylko co z prezentami? Gdzie one są i jakie? To nam nie dawało spać i wprowadzało w pewien dziwny stan, którego nie jestem w stanie zdefiniować. Kolejną oznaką zbliżających się świąt było przygotowanie balii na przechowywanie karpia. I pewnego wieczoru słyszymy, że pan Maciążek taką specjalną beczką na kołach rozwozi ryby. Rozwoził je po całym Piasecznie i wołał "Karpie, karpie!". To dla nas dzieci był sygnał, że te karpie wróżą święta, to była taka niezaprzeczalna oznaka, że święta za progiem. A jak babcia zakładała biały wykrochmalony fartuch i podobną chustę na głowę, to już wiadomo święta są w sieni, bo przecież będzie robione ciasto. Babcia wołała: "Wojtek, Adam, Maciek (to moi bracia cioteczni, mieszkający w tym samym domu tylko w mieszkaniu za sienią) chodźcie do ucierania maku!" – wtedy święta wkraczały do mieszkania, bo z tego maku będą strucle z makiem i pyszne kluski, odpowiednio przyprawione. To ucieranie nie było wcale przyjemne, ale to była magia świąt, więc tak musiało być. Mama przynosiła śledzie i namaczała, a potem je oczyszczała i przygotowała na stół, to były najwspanialsze śledzie mojego dzieciństwa. Moim wkładem w przygotowanie świąt to było kupno pieczywa i zawsze istniała hierarchia piekarń, z których mogłem kupować pieczywo. Pierwszy był Kot na rynku (dziś jest tam restauracja), jeżeli tam się nie udało to był Szymczak (tam, gdzie dziś jest siedziba Orange), później Wojciechowska i na końcu Okrasa, gdzieś to pieczywo wystałem w kolejce i kupiłem. No i w końcu tatuś pojawiał się z choinką. Acha, to już będzie wigilia! Zakładanie światełek i bombek oznaczało, że święta były już prawie w pokoju i w kuchni. Po domu rozchodził się zapach choinki i pieczonego ciasta. I w końcu Wigilia – ubierano nas odświętnie, pojawiali się dorośli też odświętnie ubrani, babcia wnosiła opłatek od pana organisty. Stawiała talerzyk z opłatkiem pośrodku stołu na odrobinie słomy i siana, zapalaliśmy światełka na choince, były życzenia (przyznam się, że tego momentu w dzieciństwie bardzo nie lubiłem). Z niepokojem patrzyliśmy w okna, bo Święty Mikołaj nocą wędruje, w okna zagląda, gwiazdką w okno świeci i nasłuchuje gdzie są grzeczne dzieci. Wtedy nasłuchiwaliśmy czy nie puka. Puka! Jest! To znaczy, że zaraz wejdzie do pokoju i rozpocznie się ten najważniejszy magiczny czas – rozdawanie prezentów. Zazwyczaj to były różne drewniane zabawki typu klocki czy wózki, a później książki. Na początku nie wiedziałem, gdzie były kupowane, bo takich sklepów w Piasecznie praktycznie nie było, a gdy już się dowiedziałem, czar św. Mikołaja trochę zmalał. Później ten czar na pewien czas wrócił, kiedy urodziła się moja pierwsza córka, a potem pierwsza wnuczka, nowe pokolenie, ale to już są inne czasy i inna opowieść. Ważna dla mnie jest w czasie moich wigilii magia świateł. Piaseczno nie było tak rozświetlone jak dziś, a moją oświetloną choinkę widziałem z daleka, od ul. Kilińskiego i była dla mnie takim wyznacznikiem, kierunkowskazem. I ten śpiew kolęd do późna w nocy... 

Jadwiga – święta w 1939 r.

Pamiętam wigilię w 1939 roku. Wojna zagnała moją rodzinę do miejscowości Mogielnica. Panowała wtedy ogólna bieda. Moja mama poszła do sklepu i zaniosła sprzedawcy buty lakierki mojego ojca, sztyblety od galowego munduru. Sprzedawca nie chciał początkowo przyjąć tych butów, w końcu dał się namówić i w zamian za nie dał pół kilo mąki, jajka i inne produkty, a specjalnie dla mnie zapakowane w cynfolię dwa piernikowe serduszka. Z choinką nie było problemu, bo Mogielnica otoczona jest lasami. Choinkę ubraliśmy w te dwa serduszka piernikowe i to były jedyne ozdoby. Mama na kuchence -kozie usmażyła placki i ugotowała, co mogła.  

Andrzej – święta na ulicy Sienkiewicza.

Najmilej wspominam wigilie przygotowywane przez moją mamę Stefanię. Była mistrzynią potraw wigilijnych. Robiła najsmaczniejsze ryby, karpia w galarecie, szczupaka nadziewanego farszem na bazie gotowanego jajka i kapustę wigilijną. Pisaliśmy z bratem listy do św. Mikołaja, kładliśmy pod poduszkę, rano patrzymy – nie ma listów. To znaczy, że był Mikołaj. Ubieranie choinki, to też była radosna czynność, wieszaliśmy łańcuchy zrobione własnoręcznie ze słomy i bibułki, małe rajskie jabłuszka, orzechy. W czasie wieczerzy dzwonił dzwonek w salonie, brzmiał tak jak dzwonek przy drzwiach wejściowych i tatuś, bo on miał ten przywilej, że otwierał drzwi św. Mikołajowi, wstawał od stołu, szedł do przedpokoju, słyszeliśmy jak otwiera drzwi i za chwilę wchodził z prezentami. Był św. Mikołaj! Raz się zdarzyło, że mama w przeddzień wigilii przygotowała dania, a ponieważ nie było lodówki, umieściła półmiski w piwnicy. Na drugi dzień nie było śladu po frykasach przygotowanych przez mamę. Piwniczne okienko otwarte i wszystko zniknęło. Mama i z tą sytuacją sobie poradziła.

Ewa – niezwykły prezent

Najbardziej utkwił Ewie w pamięci wyjątkowy prezent świąteczny. Tata miał niezwykłe zdolności plastyczne. Z odbarwionej kliszy fotograficznej zrobił duży żaglowiec „Dar Pomorza”. Piękny! Ciekawą potrawą w jej domu były smażone, panierowane w cieście kapelusze borowików.

Wanda – święta przy ul. Kniaziewicza

Wychowywała się w wielodzietnej rodzinie, trzy siostry i brat. Dom Wandy stał przy ulicy Kniaziewicza. Dziewczynkom tatuś zrobił w prezencie pod choinkę maleńkie, drewniane łóżeczka dla lalek, mama uszyła beciki w zielony rzucik z falbanką. Pamięta też książeczkę o Kacperku, co grał na skrzypcach, bo bardzo tę książeczkę lubiła. Dziewczęta piekły z mamą pierniczki, serniki, makowce.

Grażyna – święta robione własnoręcznie

Grażyna pochodzi z warszawskiej rodziny, ze starówki, zaś powojenny los poniósł ją do Piaseczna, na ul. Reytana. Pamięta łańcuchy, pawie oczka, ozdoby z koralików ze sklepu pani Wieczorkiewiczowej. Wszystkie potrawy były robione w domu, nic się nie kupowało gotowego. Tarto nawet chrzan. Pewnego razu tata przyniósł choinkę, taką aż pod sufit, oparł o ścianę domu. Mama w tym czasie wystawiła miskę ze świeżo utartym chrzanem na werandę. Wszystko zniknęło i choinka, i chrzan. Cóż, takie były czasy.                                

 

Serdecznie dziękuję: Wojciechowi Markowskiemu, Jadwidze Samek, Andrzejowi Rutkowskiemu, Ewie Dudek, Wandzie Wasiewicz, Grażynie Sierańskiej i TPP za ciekawe opowieści z czasów ich dzieciństwa.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama