UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem

Piaseczno i okolice w czasach zarazy

Oceń ten artykuł
(12 głosów)

W Głoskowie
Wiosną 2015 roku odbyliśmy krótką wycieczkę do Głoskowa, do gościnnego domu Janiny i Mieczysława Niemczyków. Interesowała nas historia rodzin mieszkających przez ponad 100 lat między Piasecznem a Tarczynem.


Rodzina państwa Niemczyków mieszka w niewielkim parterowym domu nieopodal szkoły podstawowej w Głoskowie. Pani Janina, osoba bardzo charyzmatyczna mimo swojego niewielkiego wzrostu i tuszy. No i mimo wieku. Kobiecie nie wypomina się wieku, zamilknę więc w tym temacie. Otóż pani Janina jest źródłem wiedzy historycznej o okolicach nas interesujących, historia jest jej pasją, a pamięć ma doskonałą, dużo anegdot do opowiadania, toteż wizyta w jej domu dla historyków wielce interesująca. Wspomnę jeszcze, że upór rodziny Niemczyków, a pani Janiny w szczególności, spowodował pozyskanie z Gminy Piaseczno funduszy na uporządkowanie głoskowskiego cmentarza z pierwszej wojny światowej.
Przez gospodarzy zostaliśmy poczęstowani herbatą i ciastem, wokoło pokoju, obok kredensów i szaf z minionych epok, uwijały się duchy przeszłości, pani Janina snuła opowieść o rzeczach nas interesujących. I na tym by się wizyta skończyła, gdyby nie kilka zdjęć wiszących na ścianach, a szczególnie intrygująca fotografia urodziwej, młodej kobiety. Zapytałam panią Janinę, kim jest owa piękność.
– To jest moja mama Michalina Kowalska z domu Lewandowska, uratowana przez doktora Palmirskiego.
Co się okazało? Mała Michalina (rocznik 1897), mając sześć lat, rozchorowała się na dyfteryt. Choroba jest wysoce śmiertelna, powoduje niewydolność serca i porażenie mięśni. W ogóle śmiertelność dzieci w tym czasie była wysoka. Wystarczy powiedzieć, że z piętnaściorga dzieci urodzonych przez babkę pani Janiny, przeżyło tylko troje (!). Michalina nie miała teoretycznie szans na zwalczenie choroby. Zrozpaczeni rodzice wpadli na pomysł zawiezienia dziewczynki do Wólki Prackiej, do folwarku, którego właścicielem był doktor Władysław Palmirski, naukowiec. Przekroczenie granic majątku doktora nie było proste. Właściciel poczynił pewne kroki ograniczające szerzenie się epidemii. Początkowo Palmirski nie chciał przyjąć dziecka, wyjaśniał, że nie jest lekarzem, że trzeba im jechać z chorą do Piaseczna do lekarza. Dał się jednak przekonać, zbadał dziecko i podał małej Michasi preparat. Po powrocie do domu okazało się, że siostra Michaliny też gorączkuje, że też dopadł ją dyfteryt. Dziewczynka zawieziona do lekarza do Piaseczna niestety wkrótce zmarła. Tymczasem Michalina przeżyła. Dowiedzieliśmy się przy okazji tej rodzinnej opowieści, że w pobliżu Piaseczna, w folwarku Wólka Pracka, światowej sławy naukowiec hodował konie dla pozyskiwania surowic ratujących ludziom życie.
Opuszczamy gościnne progi głoskowskiego domu z postanowieniem kontynuowania badań na temat doktora cudotwórcy.
Poszukiwanie informacji o doktorze Palmirskim
Szukamy śladów doktora Palmirskiego w historii i okazuje się, że poszukiwania te są łatwe i bardzo owocne. Na przełomie wieków XIX i XX w wielu dziennikach można znaleźć krótkie notatki prasowe dotyczące osób pokąsanych przez wściekłe zwierzęta, notatki te kończą się informacją, że osoby te zostały przewiezione do instytutu doktora Władysława Palmirskiego w Warszawie. W „Gazecie Handlowej” z lutego 1897 roku natrafiamy na roczną statystykę pracowni. Otóż w przeciągu roku zakład bakteriologiczny doktora Palmirskiego przyjął 1 200 osób pokąsanych przez wściekłe lub podejrzane o wściekliznę zwierzęta (psy, koty, wieprze, konie, krowy, gryzonie i wilki). 936 osób zostało poddanych kuracji według doktora Pasteura. Z osób tych 2 po kuracji, 3 w czasie kuracji (bardzo ciężko pogryzione przez wściekłego wilka) zmarły. 931 (z 936) osobom uratowano życie! Czyż to nie zdumiewa? Mając na uwadze stan wiedzy o bakteriach i wirusach w tym czasie? Są też w prasie dyskusje na temat szczepionek przeciwko wściekliźnie. Rozlegają się głosy krytyczne, przeciwnicy szczepień twierdzą, że są osoby, które podczas pasteurowskiej kuracji zostały zarażone wodowstrętem (inna nazwa wścieklizną) i umarły. Doktor Palmirski na łamach „Kroniki Lekarskiej” stanowczo temu zaprzecza, przytaczając przykłady i liczby, definitywnie oświadcza, że nikt nie poniósł śmierci w wyniku „wstrzyknięć pasteurowskich”. Jest rok 1900 i trwa ożywiona dyskusja na łamach prasy. Co do szczepień ochronnych ludzkość będzie miała wątpliwości jeszcze przez następne 115 lat, napiszę nieco ironicznie. Jeszcze na początku XXI wieku nie wszyscy będą wierzyć w istnienie bakterii i wirusów.
Historia powstania pracowni
Warszawska pracownia bakteriologiczna została założona w czerwcu 1886 roku przez prof. Odo Bujwida, prekursora polskiej bakteriologii. Wzorem był instytut Pasteura w Paryżu i berliński Roberta Kocha. Inicjatywę w upowszechnieniu szczepień metodą Pasteura w naszym kraju zawdzięczamy prof. Chałubińskiemu, który zachęcił warszawskiego lekarza, późniejszego profesora Wszechnicy Jagiellońskiej w Krakowie, dr. Bujwida, do wyjazdu do instytutu Pasteura na koszt Kasy Pomocy Naukowej im. Mianowskiego. Odo Bujwid ostatecznie osiadł w Krakowie, a warszawską placówkę poprowadził jego uczeń i asystent Władysław Palmirski. Własną pracownię serologiczną Palmirski stworzył w 1895 roku. Prowadził w niej też, co ważne, badania żywności, a także wnętrzności ludzkich i zwierzęcych przysyłanych do instytutu celem potwierdzenia lub wykluczenia zarażenia chorobą. Pisał też instrukcje dla sanitariuszy i władzy okręgów jak w przypadku epidemii postępować: higiena pomieszczeń mieszkalnych i gospodarczych, likwidacja kałuż, dołów ze stojącą wodą, przegotowywanie wody do picia itd., co w przypadku rozprzestrzeniania się np. cholery miało istotne znaczenie. W Wólce Prackiej doktor wybudował dla okolicznej ludności łaźnię publiczną, dając przykład innym właścicielom majątków właściwej, skutecznej walki z epidemiami. W tygodniku „Świat” z 1912 roku czytamy „Ogółem przez 17 lat istnienia pracowni wyrobu surowic dr Palmirski puścił w świat przeszło milion flakonów surowicy dyfterytycznej, t.j., średnio biorąc, przeszło pół miliona dzieci leczonych było tą surowicą. Przeciętnie rozchodziło się rocznie 60.000 flakonów a rynki zbytu, poza Królestwem i Litwą, obejmowały gub. kijowską, Kaukaz i Syberyę”.
Historia małżonków Palmirskich, o hodowli koni w Wólce Prackiej i o tym, co się stało z majątkiem w drugiej części opowieści.

Małgorzata Szturomska i Piotr Prawucki

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Reklama

Strona społecznościowa

Reklama

Reklama